W 5. Niedzielę Wielkanocną czytamy kolejny fragment Ewangelii wg św. Jana. Przed nasze oczy zostaje przytoczony obraz winnego krzewu i latorośli. Jezus przedstawia siebie pod obrazem winnego krzewu a ludzi – swoich uczniów pod obrazem latorośli. Boga Ojca przedstawia zaś jako tego, kto czuwa nad rozrostem krzewu zajmując się poszczególnymi latoroślami. Jest to piękny i wymowny obraz. Dający nam możliwość wnikania w poznawanie naszej egzystencji i naszego życia jako członków przynależących do tego szlachetnego pnia.

 

Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia.

Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy.

Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami  (J 15,1-2.5).

 

Zdaje się, że w wypowiedzi Jezusa są ukazane jakby trzy możliwości czy trzy sposoby przeżywania relacji człowieka-ucznia Jezusa jako latorośli do samego Jezusa, jako winnego krzewu. Te różne sposoby relacji uzewnętrzniają się w przynoszeniu stosownego owocu.

1. Latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu

Pierwsza kategoria to latorośl, która jest związana z Jezusem, ale nie przynosi owocu. Możemy najpierw myśleć o tym, że owa latorośl nie przynosi żadnego owocu w ogóle. Można jednak dostrzec w tym sformułowaniu nie tylko ową sytuację braku jakiegokolwiek owocu, lecz także taką, która nie wykluczałaby przynoszenia jakiegoś owocu, ale byłby to owoc nie w Jezusie. A owocem w Jezusie Chrystusie nie są jakiekolwiek uczynki, lecz te o jakich Jezus mówi w Kazaniu na Górze (aż do miłości nieprzyjaciół – Mt 5,44) czy gdy mówi o tym, by miłość w jego uczniach była taką, jaką On nas umiłował (J 13,34) albo to wszystko, co św. Paweł określa jako owoc Ducha Jezusa Chrystusa (zob. np. Gal rozdz. 5 i 6 a także 1Kor 13).Gdy mówimy o owocu, to myśl nasza idzie w kierunku uczynków, które są skutkiem i przejawem trwania w Jezusie. Czyli mogłyby to takie trwanie w Jezusie, które zamiast przynosić jako owoc uczynki zgodne z duchem Jezusa, objawiałoby się w uczynkach i postawach, które nie są zgodne z duchem Jezusa.

Byłoby to – tak można sformułować – nie tyle trwanie w Jezusie i życie w komunii z Nim, lecz pewne jakby pasożytnicze tkwienie w Nim. Byłaby to próba czerpania z Niego żywotnych soków nie dla życia zgodnego z Jego duchem, lecz dla życia dla siebie. Byłoby to swoiste nadużywanie relacji z Jezusem i także ze wspólnotą pozostałych latorośli. Możemy powiedzieć, że w takim przypadku mamy do czynienia z latoroślą, która nie trwa aktywnie w Jezusie jako winnym krzewie, lecz tkwi w Nim na swój sposób, jako obca i w pewnym sensie pasożytnicza.

Możemy myśleć tutaj o wszystkich przejawach pozornego chrześcijaństwa, w których niektórzy z członków wspólnoty wykonując takie czy inne znaki związane z przynależnością do wspólnoty chrześcijańskiej, mają na uwadze tylko swoje cele, swoje dobro – jakkolwiek by ono nie było pojęte. Nie interesuje ich wcale wejście w ducha Jezusa Chrystusa. Jakżesz często wykonuje się uczynki dla swojej własnej chwały. O tej kategorii latorośli, które nie przynoszą owocu w ogóle albo nie przynoszą owocu stosownego z duchem Jezusa Chrystusa, możemy myśleć jako o tych, które Ojciec odcina. Nie należą już bowiem do winnego krzewu. Zyją inaczej i po swojemu.

 

2. Latorośl, która przynosi owoc

Droga kategoria to latorośle, które przynoszą owoc. Chodzi o prawdziwy owoc uczynków, które świadczą o trwaniu w Jezusie, o czerpaniu z Niego życiodajnych soków i o byciu z Nim w komunii działania. Naturalnie to przynoszenie owocu nie zawsze jest od razu doskonałe. Dlatego ma miejsce oczyszczanie, czyli przycinanie, tak, aby owoc był jak najbardziej obfity i dorodny. By uczynki wynikające z trwania w Jezusie świadczył o Jego życiodajnej mocy.

Możemy tutaj myśleć o wszystkich członkach wspólnoty, którzy świadomi przynależności do Jezusa zmagają się stale w sobie z tym, by w konkretnych warunkach i okolicznościach życia dać duchowi Jezusa Chrystusa w sobie jak najwięcej miejsca. Dokonuje się to w stałym procesie nawracania się, czyli zwracania się człowieka, ucznia Jezusa, do tego wszystkiego, co z Jezusa wypływa. Jest to proces oczyszczania. Dokonuje się ten proces szczególnie przez działanie Słowa. Tylko w posłuszeństwie Słowu i Duchowi Jezusa Chrystusa człwiek, stając się uczeniem Jezusa,  może przynieść owoce na miarę obwieszczonej przez Jezusa Ewangelii, o których wspomnieliśmy wyżej. O tym Jezus mówi wprost zwracając się do swoich uczniów, jako oczyszczonym.

 

3. Latorośl oczyszczona przez Słowo

Dochodzimy wreszcie do trzeciego stanu czy sposobu bycia latoroślą. Jest to stan oczyszczenia przez Słowo. To Słowo to Słowo Ojca. Jezus, jako całkowicie przynależny do Ojca o objawiający się swoim uczniom. To Ojciec prze Niego działa. Dlatego Jezus mówi: Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Zachęca dalej: Trwajcie we mnie, a Ja w was. Zwracam uwagę na to, że tutaj nie chodzi tylko ani przede wszystkim o wytrwanie, jako wyraz wytrwałości ze strony człowieka – jak przekłada BT, ile raczej w ogóle o trwanie, jako wyraz całkowitej i bezwarunkowej jedności z Jezusem, czyli całkowite poddanie się Jemu jako Słowo Boga Ojca. Oczywiście te dwa aspekty nie sprzeciwiają się sobie. Jednak na pierwszym planie winien stać aspekt jedności z Jezusem niż wytrwałości człowieka.

Tylko pełne trwanie w Jezusie jako winnym krzewie uzdalnia Jego ucznia do przynoszenia uczynków życia wiecznego. Są to takie uczynki, które już tutaj przechodzą przez probierz śmierci, czyli umierania dla siebie. Są to uczynki w których dzięki mocy Boga płynącej przez Jezusa Chrystusa,  człowiek potrafi kochać uczestnicząc w miłości Boga, który kocha człowieka przeciwko sobie samemu, czyli wydaje swojego Syna dla ratowania człowika grzesznika. Krótko mówiąc miłuje nieprzyjaciół (zob. Rz 5,1-11). Takim krzewem winnym jest Jezus i takim jest Ojciec który Go „uprawia”. W taki krzew jesteśmy wszczepiani i w Nim trwamy (o ile trwamy), jako latorośle.

Słowo Ojca, czyli sam Jezus jest tym, kto sprawia, że latorośli przynosi prawdziwy i obfity owoc, naturalnie jeśli trwa w jedności z Jezusem. Dalej Jezus mówi: Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Owoc, jakie się staje w latorośli oczyszczonej przez Słowo, to nie działanie człowieka, ale doświadczenie człowieka, że Pan Bóg w nim spełnia to, o co człowiek prosi zgodnie z duchem Jezusa Chrystusa. Oczywiście chodzi o człowieka, który trwa w Jezusie, a więc ma w sobie takiego samego ducha co Jezus, ma w sobie taką samą mentalność co Jezus – czyli jest tym, kto nie żyje dla siebie, lecz po to, aby w nim objawiło się dzieło Boga, które ukonkretni się w dobrych czynach. Tych uczynków uczeń Jezusa  – latorośl, która trwa w winnym krzewie, nie przypisze sobie, ale Jezusowi na chwałę Ojca. Jezus wprost mówi: Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami.

 

Panie, spraw, byśmy poddawali się oczyszczaniu przez Twoje Słowo. Niechaj Ojciec dokonuje na nas tego procesu, choćby to oznaczało kroczenie drogą podobną do tej, jaką Abraham przebywał idąc ze swym synem Izaakiem na górę Moria. Nie dozwól byśmy tylko formalnie, a czasem wprost pasożytniczo, tkwili w Tobie. Dawaj nam świadomość, żw warto trwać w Tobie w sposób pełny i niepodzielny.

 

Bp ZbK

Podziel się z innymi

Rss Komentarze

80 komentarzy

  1. „Panie, spraw, byśmy poddawali się oczyszczaniu przez Twoje Słowo. Niechaj Ojciec dokonuje na nas tego procesu, choćby to oznaczało kroczenie drogą podobną do tej, jaką Abraham przebywał idąc ze swym synem Izaakiem na górę Moria. Nie dozwól byśmy tylko formalnie, a czasem wprost pasożytniczo, tkwili w Tobie. Dawaj nam świadomość, żw warto trwać w Tobie w sposób pełny i niepodzielny”.
    SPRAW !
    Piękna ta modlitwa.Pójdziemy,jak trzeba.Za Abrahamem i na górę Moria.

    #1 K.
  2. Tak,trwanie w Jezusie to pójście drogą krzyżową.Bywa ciężko,ale kroczę tą drogą,która poprzez „ukrzyżowanie”doprowadzi mnie do odnowionego życia.Jestem po pielgrzymce na Jasną Górę,gdzie po spotkaniu z Matką Chrystusową,która jak nikt inny zna ten rodzaj drogi,wróciłam umocniona do podania się woli Bożej,niezależnie od tego jak byłaby ona dla mnie trudna.
    Przestałam martwić się o siebie i swoje interesy,a na nowo zaczęłam myśleć o tym,by moje poddanie się woli Bożej przyniosło owoce dobre dla Kościoła i ojczyzny.

    #2 Barbara
  3. ……Chwalebny krzyż zmartwychwstałego Pana jest drzewem mojego zbawienia, w jego korzeniach wzrastam, w jego gałęziach odpoczywam……
    Owocem mojego życia są moi synowie. Najpiękniejszym owocem jest Piotr, który urodził się kilka dni po pierwszym skrutinium. On fizycznie przypomina mi Izaaka związanego bardzo mocno chorobą i z Chrystusową cierpliwością czekającego na moje nawrócenie /umieranie/…….
    „Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość” (Gal. 5, 22)……
    Owocem Ducha Świętego /nie moim/ są wszystkie dobre uczynki…….. janusz franus

    #3 katolicki baran
  4. Barbaro podziwiam twoją wiarę .Ja wciąż jestem na etapie poszukiwania tak bezgranicznej ufności.Twoje świadectwo umocniło mnie w postanowieniu,że warto zaufać Matce Najświętszej i /jeżeli będzie taka wola Boża/ podejmę trud kilkunastodniowej pieszej pielgrzymki w b.r.na Jasną Górę

    #4 Tereska
  5. Abraham – latorośl podcięta – oczyszczona z chęci bycia winnym krzewem… Tym, który uprawia, daje wzrost, kształtuje, nawozi-> jest Bóg! Izaak – uczeń bez oporników wobec programu Ojca. JEDYNE TRWANIE – a nie usychanie (w.6), tylko w WINNYM KRZEWIE: JEZUS wsparty Krzyżem!

    #5 wojownik Pana
  6. Jak pięknie Wojowniku. Jaak pięknie.

    #6 K.
  7. Jeden z naszych profesorów, próbując wyjaśnić dogmat o Niepokalanym poczęciu Maryi, przedstawił taki obraz: „gdyby gwoździe próbowały ‚odpaść’ podczas umierania Jezusa na krzyżu, to Maryja przytrzymała by je własnymi rękoma, tak była zjednoczona z wolą Boga, miała ducha Jezusa Chrystusa w pełni!!!”
    Jezusie Chrystusie błagam o Twojego ducha, bym trzymała gwoździe tam, gdzie są myśli by je wyciągnąć!!!
    Pokój,
    agnieszka CS

    #7 agnieszka CS
  8. Myślę że przytrzymałaby.Myślę że przytrzymałaby.Jeżeli NAPRAWDĘ byłaby TAKA WOLA BOGA.Ja wciąż mam „pretensję” o to ukrzyżowanie.Nie do Boga ,ale do przyczynienia się do cierpienia przez człowieka.

    #8 K.
  9. A co dzieje się z tym odciętymi latoroślami?
    Przecież P. Bóg ich nie odrzuca. On „nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku.” (Iz 42,3)

    #9 basa
  10. Hiob, pamiętam o tobie.

    #10 basa
  11. …..wojowniku….TRWANIE jest codziennym umieraniem/usychaniem/…… „Tylko pełne trwanie w Jezusie jako winnym krzewie uzdalnia Jego ucznia do przynoszenia uczynków życia wiecznego. Są to takie uczynki, które już tutaj przechodzą przez probierz śmierci, czyli umierania dla siebie. Są to uczynki w których dzięki mocy Boga płynącej przez Jezusa Chrystusa, człowiek potrafi kochać uczestnicząc w miłości Boga, który kocha człowieka przeciwko sobie samemu, czyli wydaje swojego Syna dla ratowania człowieka grzesznika. Krótko mówiąc miłuje nieprzyjaciół (zob. Rz 5,1-11). Takim krzewem winnym jest Jezus i takim jest Ojciec który Go “uprawia”. W taki krzew jesteśmy wszczepiani i w Nim trwamy (o ile trwamy), jako latorośle”……..wszyscy jako pasożyty jesteśmy wczepieni w Chrystusa i żywimy się Jego krwią,która ma moc życiodajną dla każdego grzesznika……..janusz franus

    #11 katolicki baran
  12. Ad1. Latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu–> owo pasożytowanie czyli rozumiem przynoszenie owocu, ale dla siebie, nie Jego. Takie podkradanie owoców, przywłaszczenia Jego własności dla własnej korzyści. Wielkie niebezpieczeństwo wypaczenia, które grozi każdemu, bez wzg na stan, wiedzę religijną, zaangażowanie, wiarę. Potrzeba nam wielkiej czujności i pokory, by oddawać Bogu to, co Mu należne, a nie szukać własnej korzyści, ubijania swoich interesów.

    Ad2. Latorośl, która przynosi owoc–> to On we mnie. „To już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus”/św.Paweł/. To więcej niż relacja, to stała rzeczywistość, życiowa, nieustanna wymiana.

    Ad3. Latorośl oczyszczona przez Słowo–> Słowo nie jest czymś statycznym. Jest dynamizmem, które zmusza do działania. Nie może być więc czymś totalnie ukrytym, czyli oddziaływać tylko na jedną np. wewn stronę życia. Jego Słowo musi sie stać we mnie siłą uzdalniającą mnie do wiary, ale i do działania, do świadczenia, do owocowania właśnie.

    PS: dlaczego niektóre nicki mają kolor zielony ?

    #12 morszczuk
  13. A propos przycinania.Mam w ogrodzie winogrona.Młode pędy (tegoroczne)jeśli mają owoce, to nie więcej niż 2-3 grona na łozie, co zajmuje ok.30-40cm.Łoza jednak rośnie czasmi do 2-3 metrów.Duża więc jej część rośnie „nieproduktywnie” tzn.bezowocnie.Jej wzrost ma ew.walor dekoracyjny.Dlatego w lipcu stosuje się zabieg ogławiania, czyli skracania łozy tak, aby wysiłek drzewa nie szedł na marne.O tym właśnie oczyszczaniu jest mowa w czytanym fragmencie Ewangelii.Bardzo trudna to sprawa , aby w moim działaniu zobaczyć, rozpoznać ten moment gdzie nie wystąpią już „owoce” odpowiednie (przypisane) winorośli( Jezusowi), a zaczyna się życie jedynie dla własnej dekoracji.I jeszce zgodzić się na przycięcie!

    #13 Grzegorz
  14. Dopiero(!) dziś zwróciłam uwagę na zdania:
    „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia” i „Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie”. Początek i koniec perykopy…
    Są klamrą, która odnosi jej środek (perykopy) do Ojca. To Bóg Ojciec odcina bezowocne latorośle i oczyszcza te, które dają nadzieję na coraz lepszy owoc. Chrystus jawi mi się tutaj jako pośrednik między Ojcem a nami. On nas namawia, prosi, przekonuje, żebyśmy tkwili w Nim, byśmy dawali się Jemu oczyszczać (Jego – Chrystusa – słowu). W ten sposób unikniemy odcięcia i wrzucenia do ognia. Obwieszcza (?), że WSZCZEPIENI W NIEGO będziemy doświadczać, że Pan Bóg spełnia to, o co prosimy. I za to będziemy „chwalić” Ojca…

    „(…) chodzi o człowieka, który który trwa w Jezusie, a więc ma w sobie takiego samego ducha co Jezus, ma w sobie taką samą mentalność co Jezus – czyli jest tym, kto nie żyje dla siebie, lecz po to, aby w nim objawiło się dzieło Boga”
    No właśnie, bo Jezus jest krzewem, który PODDAJE SIĘ uprawianiu przez Boga Ojca. Chrystus daje SWOJE SOKI wszystkim latoroślom. A jednak godzi się na to, że niektóre z nich będą odcięte, bo nie przynoszą owocu… To bolesne doświadczenie …
    Ja też rozdaję swoje życie w wielu dziedzinach. Nie wszystkie przynoszą owoc, którym chwalę Boga Ojca. Bóg przez wydarzenia mojego życia i SŁOWO (usłyszane i wyjaśnione) – odcina je. Ale te sposoby MOJEGO funkcjonowania są MOJE i trudno mi się z nimi rozstać. Prawda jest taka, że często się buntuję przed odcinaniem MOICH bezowocnych latorośli…
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    #14 julia
  15. #12 morszczuk,
    zielone nicki są znakiem, że komentujący ma swoją stronę internetową (czasami fikcyjną…). Klikając na niego wchodzisz na nią. Spróbuj 🙂

    #15 julia
  16. basa –> Bóg nigdy nie odrzuca, ale też nie może „na siłę” uszczęśliwiać człowieka, bo czyniąc to zaprzeczyłby wolności woli, którą nas obdarzył. Jeśli więc następuje odrzucenie to zawsze z winy człowieka, z powodu jego wyboru. Ale też zawsze – dopoki żyjemy – jest szansa na powrót, na wszczepienie …

    #16 morszczuk
  17. Wielkie dzięki julio za wyjaśnienie 🙂

    #17 morszczuk
  18. Skończyłam chemię, teraz przez rok w kroplówce będę brała lek przeciwko wznowie nowotworu. Ta choroba bardzo mocno zbliżyła mnie do Chrystusa. Bez trwania, jako wyraz całkowitej i bezwarunkowej jedności z Jezusem nie dało by się przez to przejść, a raczej przechodzić bo ciągle jestem w trakcie krzyża. Są takie chwile kiedy staję w prawdzie przed Chrystusem: “Jezu, przez całe życie nie szczędzisz mi krzyża, jak inni mają zobaczyć, że droga za Tobą jest drogą miłości ?, Że Bóg jest ojcem, który kocha??” Inni patrząc na mnie mogą pomyśleć: jeśli zdecyduję się iść za Chrystusem to wyląduję tak jak ona, okaleczona, chora, bez perspektyw na przyszłość, może to się nie opłaca.
    Kto chciałby być chory na raka?
    Jednak dopiero teraz zaczynam widzieć światełko w tunelu. Ciągle moja mentalność opiera się na bajkach i filmach rodem z Hollywood: “i żyli długo i szczęśliwie”, tymczasem Chrystus żył krótko i po ludzku nieszczęśliwie. To moje oczyszczanie to ciągłe zmaganie z tym obrazem szczęścia według mojej mentalności, i mentalności tego świata, to takie moje “Westerplatte”,Izaak, którego prowadzę na górę Moria.
    Wszędzie wkoło mówią, że najważniejsze to zdrowie, a ja wbrew sobie i innym powtarzam: “najważniejszy jest pokój, który pochodzi od Chrystusa”, albo, mówią, że trzeba coś w życiu osiągnąć, czegoś się dorobić, a ja wbrew sobie i innym mówię: największym moim osiągnięciem jest zgoda na to, że nic nie osiągnęłam, zgoda na to, że jestem na końcu, tam gdzie nikt nie chciałby być.
    Jak ślepiec zaczynam widzieć ludzi jako drzewa, bo wpatrzona w siebie nigdy nie mogłam dostrzec innych. Gdybym jeszcze mogła nie porównywać się z nikim, bo przecież w mojej sytuacji to nawet śmieszne, zawsze wypadnę gorzej, ale to otrzymam wraz z pokojem Chrystusowym, tym pokojem którego świat dać nie może, i dziś bardzo na serio tego pokoju pragnę.
    I można pisać o krzyżu pięknie, ale dopiero w jego doświadczeniu można śpiewać: ……Chwalebny krzyż zmartwychwstałego Pana jest drzewem mojego zbawienia, w jego korzeniach wzrastam, w jego gałęziach odpoczywam……, Myślę, że Janusz coś o tym wie i każdy, kto go doświadcza.
    Pozdrawiam serdecznie wszystkich

    #18 lipka
  19. #18 lipko,
    pozdrawiam Cię serdecznie, życzę pokoju pochodzącego od Chrystusa, nieba (na wieczność) i zdrowia (jednak 🙂 ).
    Nie mogę sobie tu odmówić zacytowania fragmentu felietonu Wojciecha Wencla „Imperium zdrowia”:
    „Dawno, dawno temu, w czasach, gdy człowiek nie był jeszcze pępkiem świata, istniało kilka pierwotnych lęków, które wynikały z szacunku dla natury.(…) respekt budziła choroba, w której dostrzegano tajemnicze misterium życia.(…) W naszej epoce (…) tylko choroba mimo wymyślenia milionów lekarstw wciąż psuje nam krew, bo wiąże się z cierpieniem. Dlatego jej nie akceptujemy. Przy każdej okazji życzymy sobie zdrowia. Bo zdrowie jest najważniejsze. Ważniejsze niż miłość, rodzina, zbawienie (…) Gdyby w ten sposób myśleli wszyscy, nie byłoby wśród nas nie tylko lekkoduchów, ale też stygmatyków, męczenników, misjonarek niosących pociechę trędowatym, powstańców walczących o niepodległość ani nauczycielek o zszarganych nerwach. Realizacja powołania polega bowiem na ufności Bogu, a nie na nieustannej trosce o własną kondycję fizyczną i psychiczną.(…) W końcu – jak pisał Robert Louis Stevenson – „lepiej roztrwonić zdrowie jak utracjusz, niż zmarnować je jak skąpiec””.
    Lipko, chciałam Cię tym cytatem rozweselić, a nie zdenerwować 🙂
    Pozdrawiam 🙂

    #19 julia
  20. Witam cię Lipka ,czekałam na twój komentarz, jakże prawdziwy………..”i dziś bardzo na serio tego pokoju pragnę ”
    Ja również b.pragnę pokoju i zdziwiłam się jak kiedyś usłyszałam wewnętrznie jak pragnie mnie Bóg.Zaraz zadałam pytanie :mnie nędzną ,grzeszną ,lękliwą ,nie potrafiącą zaufać bezgranicznie.Wczoraj dość długo analizowałam komentarz KsBiskupa o latorośli i dziś obudziłam się „oświecona ” ,że mój niedosyt wynika z braku posłuszeństwa SŁOWU.Jak żle rozumowałam przez całe życie „posłuszeństwo”.Moje rozumowanie posłuszeństwa trzymało mnie w mojej religijności.
    Byłabym wdzięczna KsBiskupowi o parę słów na temat właściwie rozumianego posłuszeństwa Słowu

    #20 Tereska
  21. …….lipko,nie ma nic gorszego jak patrzeć na śmierć swojego syna i nie móc mu pomóc.Wierz mi sam wolałbym wziąć jego krzyż/chorobę/ na siebie ale jest to nie możliwe…….janusz franus

    #21 katolicki baran
  22. „Inni patrząc na mnie mogą pomyśleć: jeśli zdecyduję się iść za Chrystusem to wyląduję tak jak ona, okaleczona, chora, bez perspektyw na przyszłość, może to się nie opłaca.”
    No właśnie, my tak podchodzimy do P. Boga, że On zapewni nam łatwe i szczęśliwe życie.
    Tymczasem moim zdaniem On daje nam zupełnie coś innego – możliwość szczęśliwego przejścia wśród trudów życia w oparciu o Niego.
    lipka nam to pokazała. Czerpała siłę do przejścia przez swoje trudne życie i chorobę od Niego.
    To bez Chrystusa wylądowałaby „okaleczona, chora, bez perspektyw na przyszłość”
    To dzięki Chrystusowi może żyć nadal, cieszyć się życiem i dawać nam świadectwo.
    Dziękuję Ci lipko

    #22 basa
  23. Być wszczepionym w Jezusa i nie przynosić owocu…być u źródła i nie pić…pasożyt…odcięty…spalony. To mocne słowa, to jasno przedstawiona konsekwencja grzechu, tego największego, którym jest pycha. Nieodpowiedzialni, pyszni ludzie mogą Prawdę wypaczyć, przedstawić w innym, fałszywym świetle. Wtedy łatwo jest uznać zatwardziałość za wytrwałość a brak pokory za odwagę. Aby dać się uprawiać, trzeba być POKORNYM I POSŁUSZNYM.
    Panie, podetnij moje gałązki, bo brakuje mi światła !

    #23 z...owieczka
  24. ….#7.agnieszko…..biblijna Maryja to również matka z krwi i kości,a to znaczy,że mimo swojej wolności od osobistego grzechu wzięła na siebie grzechy wszystkich matek/kobiet/i pod krzyżem swojego Syna nie była pozbawiona ludzkich uczuć.Moim zdaniem gotowa w naturalny sposób oddać swoje życie za Syna lecz było to nie możliwe…….janusz franus

    #24 katolicki baran
  25. Ad #20 Tereska
    Piszesz:
    mój niedosyt wynika z braku posłuszeństwa SŁOWU.Jak żle rozumowałam przez całe życie “posłuszeństwo”. Moje rozumowanie posłuszeństwa trzymało mnie w mojej religijności.
    Byłabym wdzięczna Ks Biskupowi o parę słów na temat właściwie rozumianego posłuszeństwa Słowu

    Daję krótką skondensowaną odpowiedź:
    Nie jest ona wyczerpująca, ale wskazuje kierunek.
    W świetle Słowa uznawać w konkretnych okolicznościach,
    że moja wiedza (moje poznania dobra i zła) potrzebuje światła, które nie pochodziłoby ode mnie;
    że moje racje nie są wystarczające, a czasem wprost błędne;
    że przykazania i pouczenia Pana są słuszne itp.;
    że inni (bliźni), kiedy mi się wydaje, że nie mają racji, mogą mieć rację;
    że Pan Bóg mi posyła czasem takich, których ja uważam za „pokręconych”, aby mi coś powiedzieli i pokazali itp. itp.
    Tak można by jeszcze długo wyliczać.

    Co robić?
    Zanim zaczniesz słuchać Słowa (sama czytać je czy słuchać we wspólnocie, w czasie liturgii), rób co możliwe, aby:
    opuścić siebie, stanąć w pozycji ubogiego, po prostu „wypróżnić się z siebie” spoglądając na siebie krytycznie szczególnie przez pryzmat Twoich ostatnich pomyłek, błędów i grzechów.
    Wezwij Ducha Swiętego, by zstąpił i napełnij sobą Twoją ziemię (Ps 104,27-32; por. Iz 55).

    Bądź gotowa przyjmować wszelkie nieoczekiwane upokorzenia i przeciwności z poddaniem się Panu Bogu i – jeśli możliwe – z prawdziwą, pokorną i niekłamaną (tzn. nie na wynos) wdzięcznością (zob. Ps 119,66-72).
    Usiłuj ugruntować w sobie przekonanie, że posłuszeństwo, to nie Twój wyczyn (i niby okazywanie łaski komuś, że jest się posłusznym) lecz postawa człowieka biednego, który spotkał Kogoś, kto zaradza jego biedzie w sposób zupełnie nieoczekiwany – dając obietnicę, dając ostateczne samego siebie dla mnie. Takim daje siebie Bóg w Słowie i w Sakramentach.
    Czytaj i wniknij np. w Psalmy 123 – 128.
    Pozdrawiam!
    Bp ZbK

    #25 bp Zbigniew Kiernikowski
  26. #20 Teresko,
    dziękuję Ci za pytanie do Ks. Bpa, bo dzięki niemu (pytaniu) WSZYSCY dostaliśmy ważne wskazówki.
    Pozdrawiam 🙂

    #26 julia
  27. #21 Januszu!
    Kiedyś napisałeś, że Piotruś najczęściej uśmiecha się z całej rodziny…
    Myślę, że jest szczęśliwy. To nic, że nigdy nie będzie jeździł rowerem. Może wcale tego nie pragnie? Nie wiem tego. Ale na pewno pragnie Twojej miłości. Twojego uśmiechu. Twojego dotyku. Twojej pielęgnacji. Po prostu Twojej obecności i trwania przy nim. I myślę, że to wszystko otrzymuje.
    Nie myśl o tym, czego nie możesz od niego zabrać. Pomyśl o wszystkim, co możesz mu dać.
    Nie myśl o tym, co ty byś chciał dla niego. Pomyśl, co on by chciał taki, jaki jest.
    A jego uśmiech niech ci będzie pocieszeniem w tym codziennym i pozornie niewdzięcznym trudzie
    Pozdrowienia dla Piotrusia.

    #27 basa
  28. P.S.
    Januszu, i znowu to zrobiłeś.
    Powiedziałeś lipce: Twoje cierpienie to nic w porównaniu z moim.
    Cierpienie jest cierpieniem i nie można ich porównywać. Każde jest inne.
    Chociaż niewątliwie łatwiej jest znieść cierpienie swoje własne, niż patrzeć na cierpienie kogoś bliskiego, a szczególnie dziecka.

    #28 basa
  29. Janusz myślę, że masz dużą wiarę, patrz zawsze na fakty.
    Ja kiedy mam kryzys i nie mogę już dalej dźwigać krzyża, cierpienia bo wydaje mi się, że to cierpienie mnie zniszczy, mam po prostu dość wszystkiego, wtedy staję przed Bogiem w prawdzie i mówię, a nawet krzyczę to co czuję, a nieraz są to złe myśli o Bogu Ojcu, zawsze jednak wtedy mówię: “Panie, jeśli chcesz mnie mieć prawdziwą to mnie masz, wybacz mi i zmiłuj się nade mną, bo inaczej zerwie się ta cieniutka nić wiary i ze mną koniec” i zaraz pojawiają się konkretne fakty, wydarzenia, sytuacje które podtrzymują moją wiarę i zaczynam wychodzić z dołka i cały czas mam świadomość, że to jest dialog Boga Ojca ze mną, nigdy nie zostawia mnie samej, zawsze mam konkretną odpowiedź cokolwiek to będzie: jakieś słowo, czy wydarzenie, czy tak zwany zbieg okoliczności. Bez tego dialogu z Ojcem byłoby ze mną krucho. Myślę, że Chrystusowi chodzi o to aby być przed Nim prawdziwym i to wszystko, a właśnie to jest dla nas wbrew pozorom bardzo trudne, ale warto spróbować i doświadczyć tej miłości bezwarunkowej, miłości do grzesznika, który bardzo łatwo traci wiarę i się zniechęca

    #29 lipka
  30. Ja wciąż się zastanawiam,którą latoroślą ja jestem?
    Chciałabym być latoroślą oczyszczoną przez Słowo.
    Ale nie jestem.
    Może więc jestem latoroślą przynoszącą owoc? Tak, to już jest chyba bardziej realne.
    Ale która latorośl nie przynosząca owocu będzie uważała się za taką?
    A ja przecież tak wiele dostaję, a tak mało daję…

    #30 basa
  31. Wracam właśnie z pogrzebu śp. ks. Zbigniewa Kapturczaka, proboszcza parafii pw. Bł. Radzyma Gaudentego w Gnieźnie. Ksiądz Prob. Zbigniew zdołał wiele uczynić w imię i w oparciu o moc Pana Boga. Jak sam wyznawał w swoim kiedyś publicznie danym i opublikowanym świadectwie, wiele mu dała Droga Neokatechumenalna. To właśnie duch katechumenalny w dużej mierze inspirował albo modelował jego działanie duszpasterskie. Pogrzeb był wyrazem tego wszystkiego, co w Jego kapłańskim życiu miało miejsce i co się uzewnętrzniło w Jego działaniu.
    Naturalnie jego aktywność i troska pasterska miały tyle różnych przejawów, których nie można nie brać pod uwagę. Jednakże jego osobista konfrontacja z życiem w wierze, jakiej mógł doświadczyć na Drodze w kontekście swej wspólnoty Drogi, począwszy od 1985 roku, oraz dzięki temu także w nowy sposób wobec całej wspólnoty parafianej, bardzo mocno zaważyły na jego życiu i na jego działaniu. Jestem świadom wielu konkretnych aspektów tej prawdy.
    Zachęcam Parafian wspólnoty Bł. Radzyma Gaudentego w Gnieźnie oraz wszystkich, którzy zetknęli się z ks. Proboszczem Zbigniewem, do tego, aby tutaj na blogu podzielili się swoimi spotrzeżeniami i doświadczeniami. W ten sposób możecie lepiej przedstawić Waszego śp. Proboszcza jako przykład i wzór duszpasterza w dzisiejszych czasach.
    O tym, jak Jego posługiwanie wpisało się w życie ludzi, świadczy obecność tych kilku tysięcy uczestników dzisiejszej liturgii i konduktu pogrzebowego.
    Myślę, że to będzie dobry wyraz pamięci i oddania jemu szacunku – naturalnie w kluczu oddania chwały Bogu, który takimi łaskami i mocami obdarza swoje sługi.
    Pozdrawiam Parafian Bł. Radzyma Gaudentego a w szczególności wspólnoty Drogi Neokatechumenalnej, zwłaszcza pierwszą, która podczas tegorocznych Swiąt Paschalnych ukończyła Drogę i mogła odnowić wraz ze swoim – teraz już śp. – Proboszczem przyrzeczenia chrzcielne!
    Bp ZbK

    #31 bp Zbigniew Kiernikowski
  32. Dziękuję Księdzu Biskupowi za te rozważania. Przyznam, że trudno mi uchwycić różnicę między drugim a trzecim typem, o którym Ksiądz Biskup pisze. Ta Ewangelia o oczyszczaniu krzewu przychodzi do mnie zawsze na trudne doświadczenia i pozwala mi tak właśnie czytać te doświadczenia – jako miłującą rękę Boga Ojca, który chce Swą latorośl oczyścić, by przynosiła owoc obfitszy. Tak jest i teraz. Bolesne to oczyszczanie, ale potrzebne, żebym była mniej „liściasta”, a bardziej Chrystusowa.
    Dostaję gęsiej skórki na myśl o tym, że mogę być latoroślą odciętą, lęk przed potępieniem jest dla mnie ciągle bardzo poważną trudnością w wierze. Ale jest prawdą, że Bóg jest nie tylko miłosierny, ale i sprawiedliwy.
    Dziękuję Księdzu Biskupowi także za wpis #25. Pisze Ksiądz Biskup o tym, żeby patrzeć krytycznie na siebie przez pryzmat ostatnich pomyłek i błędów. Ja dziś dostałam na pokutę rozważyć jeden z rozdziałów Ewangelii wg św. Jana i uświadomiłam sobie, że właśnie doświadczenie własnych błędów i grzechów bardzo mi utrudniło relację ze Słowem. Piszę o tym, by się swoim doświadczeniem podzielić – że najpierw potrzeba przyjąć miłosierdzie Boże, również samemu sobie przebaczyć te grzechy i błędy, i to dopiero właściwa perspektywa – bo bez tego wspomniany krytycyzm może się przerodzić w samopotępienie.
    Dziękuję Ci Lipko za wszystko, co napisałaś. 🙂 Twoje słowa są mi bardzo bliskie.
    Pozdrawiam serdecznie wszystkich.

    #32 Fasola
  33. lipko,
    dziękuję Ci! Jesteś przykładem trwania. Mimo całego cierpienia, które Cię spotyka, w swoich wpisach wnosisz ciepło i światło 🙂 . Patrząc na Ciebie widzę, że z Chrystusem można przejść wszystko! Jeszcze raz Ci dziękuję!
    🙂

    #33 Zbyszek
  34. Serdeczne BÓG zapłać Ks Biskupowi za tak cenne pouczenie i wskazówki.Dzięki temu widzę jak Pan Bóg ufatwia drogę tym ,którym okazuje „pragnienie ” aby trwali przy Nim.Jak zaradza mojej biedzie w sposób zupełnie nieoczekiwany.Od czasu mojego nawrócenia to ja mówiłam do Boga i trwałam w mojej religijności a ostatnio Bóg zaczął przemawiać do mnie otwierając moje uszy na SŁOWO ,ukazując mi moją miernotę. Jestem wdzięczna Ks. Biskupowi i wszystkim blokowiczom, od których tak wiele się uczę .
    Dojrzałam na serio do DN ale narazie nie mam takiej możliwości.Na dzień dzisiejszy ufam, że Pan Bóg da mi to co dla mnie przygotował .
    Obym tylko była taką latoroślą ,która da się uprawiać i potrafiła stanąć w PRAWDZIE,POKORZE i POSŁUSZEŃSTWIE Chwała Panu
    pozdrawiam ks Biskupa i wszystkich dzielących się świadectwem życia

    #34 Tereska
  35. O pogrzebie Zbyszka
    „Pogrzeb był wyrazem tego wszystkiego, co w Jego kapłańskim życiu miało miejsce i co się uzewnętrzniło w Jego działaniu./…/ Zachęcam Parafian wspólnoty Bł. Radzyma Gaudentego w Gnieźnie oraz wszystkich, którzy zetknęli się z ks. Proboszczem Zbigniewem, do tego, aby tutaj na blogu podzielili się swoimi spotrzeżeniami i doświadczeniami. W ten sposób możecie lepiej przedstawić Waszego śp. Proboszcza jako przykład i wzór duszpasterza w dzisiejszych czasach.” – takie jest wezwanie ks. bpa.
    Wszystkimi spostrzeżeniami podzielić się – to nie jest możliwe. Jedno chcę napisać. Każdy może być dobry, chyba, że jest słaby, chory czy skrzywiony. Wielu ludzi ma wielkie dokonania, wśród nich – nasz proboszcz. Ale Zbyszek przede wszystkim był heroicznym proboszczem. Wielkie dokonania nie są czymś tak bardzo wyjątkowym. Heroiczność – tak. On był wierzący, po prostu – wierzący (tzn. dzięki wierze codziennie mógł stawać wobec problemów „nie do uniesienia” i pytać: „… gdzie jest o śmierci twe zwycięstwo ?”)
    Po prostu mieszkam po sąsiedzku z probostwem – stąd wiem, że nie był super człowiekiem, ale był wierzący, wierny, heroiczny. Zwyczajny święty proboszcz. (Gdyby miał więcej czasu dla siebie, to pewnie palił by więcej… Inne wady też miał. Po prostu – święty: dzięki wierze nie przestraszył się problemów swojego wielkiego powołania i nie przestraszył się również swoich osobistych słabości. Zaufał Bogu. Ja to widziałem. Odniósł wielkie zwycięstwo jako proboszcz. To widzieli wszyscy – jak funkcjonowała parafia. Odniósł zwycięstwo jako człowiek ochrzczony, nad sobą samym. To widzieli niektórzy. )
    Grzegorz P. (na pogrzebie byłem z Alicją i córką M.)

    #35 greg
  36. ….tylko na krzyżu jesteśmy prawdziwi i tylko nasz krzyż wszczepiony w krzyż Chrystusa jest krzyżem chwalebnym,którego nie należy ukrywać ani się go wstydzić.Lipka jest doskonałym tego przykładem.Wbrew wszystkim,na swoim krzyżu z mocą wyśpiewuje chwałę Bogu i dlatego zawstydza mnie swoją szczerością……Dzięki Bogu za tych którzy ewangelizują nas swoimi krzyżami……..janusz franus

    #36 katolicki baranl
  37. ……”Chrystusowi chodzi o to aby być przed Nim prawdziwym”….dla mnie to święta prawda,lecz pozwól,że dodam……prawdziwi jesteśmy tylko na krzyżu własnej historii,który wszczepiony w krzyż Chrystusa staje się krzyżem chwalebnym.Takiego krzyża nie należy się wstydzić.Nie można go zachować tylko dla siebie.Chwalebny krzyż jest dobrą nowiną/ewangelią/ i dlatego biada mi gdybym nie głosił ewangelii własnym krzyżem……Jesteśmy wszczepieni w Chrystusa osobistymi krzyżami,które z przeklętych staja się błogosławione……..janusz franus

    #37 katolicki baran
  38. „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami…”

    Tym Słowem żył nasz Kochany Ksiądz Proboszcz śp. Zbigniew Kapturczak.
    Był pasterzem dla wszystkich swoich parafian – tych, którzy byli tego świadomi i tych nieświadomych, może nawet nie mających pojęcia, kto jest ich proboszczem.
    Braci ze wspólnot neokatechumenalnych nie wyróżniał,a często uświadamiał nam, że jeżeli zostaliśmy szczególnie przez Pana Boga obdarowani (za darmo – jak ciągle Ksiądz Proboszcz podkreślał), że usłyszeliśmy, że Ten, który nas stworzył,nas kocha i się nami nie gorszy to nie musimy się chwalić swoim wyjątkowym byciem w Kościele ( „NA DRODZE”, czy w NEOKATECHUMENACIE ), bo inni sami to zobaczą, i może zachwycą się TĄ (Jezusową ) DROGĄ.
    Upominał nas, zachęcał do tego, żeby nie zadzierać nosa, wzywał do nawrócenia i nawet czynił odpowiedzialnymi za nawrócenie innych ( w rodzinie, pracy, parafii, w naszym mieście). Traktował nas jak sól dla parafii i ciągle zabiegał o to (czasem używał twardych słów i podejmował mało przyjemne dla nas działania), aby ta sól nie zwietrzała.
    Mawiał, że gdybyśmy tak naprawdę pojęli, jak Pan Bóg jest w nas zakochany, to nie zabiegalibyśmy o tę trochę przyjemności na tym świecie i nie żebralibyśmy miłości od innych, lecz sami kochali i służyli drugiemu ( mąż z żoną , dzieci z rodzicami, bracia we wspólnocie – na wyścigi). Mówił to nie tylko do nas, ale – jak pamiętam – ciągle powtarzał, że mówi to przede wszystkim do siebie. Pan Bóg – jak widziałam – nieustannie obdarowywał naszego Proboszcza darami Ducha Św., a On te dary przyjmował i dzięki temu często miał odwagę nie schlebiać, nie litować się ale w sposób bardzo konkretny pomagać człowiekowi.
    Powtarzał, że jeżeli Pan Bóg jest w życiu człowieka na pierwszym miejscu, wówczas wszystko jest na właściwym miejscu i dzięki temu przekonaniu – w tym organiźmie jakim jest nasza parafia – wielu z nas trafiało na te miejsca, które Pan Bóg dla nas przez Proboszcza Zbigniewa wyznaczył.
    Życie parafialne było dobrze zorganizowane. Na stypie, a raczej na agapie – radosnej uczcie, na którą wieczorem zaproszono wszystkich braci uświadomiłam sobie, że to przyjęcie sam Kochany Proboszcz zorganizował. To On wprawił w ruch tą niezwykłą machinę, którą nazwałabym „bycie razem przy stole”. Co roku organizował spotkania opłatkowe dla wszystkich parafian, zachęcając do przyniesienia czegoś słodkiego na wspólny stół, wykorzystując jednocześnie modny w ostatnich czasach tzw. „katering”. Przyjęcia te z roku na rok były coraz bardziej eleganckie i ośmielały wielu parafian do przyjścia do Wieczernika – dużej sali, jaka znajduje się w wybudowanym przez Księdza Proboszcza Domu Katechetycznym przy naszym – również wybudowanym przez Księdza Proboszcza Kościele).
    We wszystkich tych najrozmaitszych spotkaniach przy stole Nasz Ksiądz Proboszcz chętnie – na ile czas mu pozwalał – uczestniczył, tak że owa „stypa” była już wielokrotnie „przećwiczona”.
    Czuło się, jak Nasz Proboszcz – przechodzi między nami zadowolony i mam nadzieję, że to Jego szczęście będzie się nam udzielało. I chcę, aby nieustannie dżwięczały mi w uszach te słowa, które tak lubił powtarzać : „Jeżeli Pan Bóg jest na pierwszym miejscu to wszystko jest na
    właściwym miejscu”…

    Pozdrawiam Księdza Biskupa
    Alicja Pałuczak z I wspólnoty Neokatechumenalnej przy Parafii Bł. Radzyma Gaudentego w Gnieźnie.

    #38 Alicja P.
  39. # 37 Januszu, twoje wypowiedzi wciąż prowokują mnie do dyskusji z tobą. Ile już razy chciałam przestać…
    Tym razem chciałabym podzielić się z tobą moim wrażeniem, tym jak ja odbieram ciebie.
    „Chwalebny krzyż jest dobrą nowiną/ewangelią/ i dlatego biada mi gdybym nie głosił ewangelii własnym krzyżem……”
    Gdy ja czytam twoje wypowiedzi to widzę, jak wielkie znaczenie ma dla ciebie twój krzyż. To jest trudne i nie wiem,jak to ubrać w słowa – ja nie odczuwam twoich wpisów jako Dobrej Nowiny. Wciąż widzę w tobie smutek i żal, nie widzę radości. Dlatego nie mogę uwierzyć, że to co głosisz jest Dobrą Nowiną. Dla mnie jest to smutna i ponura nowina.
    A jednak nie wierzę, że P. Bóg nie daje Ci także radości. Nie wierzę, że nie daje ci dobra w takim znaczeniu, jak my byśmy chcieli mieć. Nie wierzę, że poza krzyżem nie masz Mu za co dziękować.
    I to dla mnie jest Dobra Nowina, że mimo krzyża, dzięki Jezusowi Chrystusowi możesz żyć i cieszyć się takim życiem, jakie masz.
    Bo to On daję siłę do pokonywania wszystkich trudności.
    Ale być może jestem latoroślą, która tylko czerpie soki…

    #39 basa
  40. # 35 greg
    „Każdy może być dobry, chyba, że jest słaby, chory czy skrzywiony”
    Chciałabym stanąć w obronie słabych i chorych. A szczególnie chorych. Oni także mogą być dobrzy. To nic, że ogranicza ich choroba, oni mogą czynić bardzo wiele dobrego, czasami więcej niż zdrowi.

    #40 basa
  41. …..basa…..pokaż mi swój krzyż…..jesteś osoba bardzo odważną,dlatego spójrz na mnie z wysokości własnego krzyża…..Kocham Cie…..janusz franus

    #41 katolicki baran
  42. Ja wciąż myślę o tej latorośli, która nie przynosi owocu. Ja chyba źle zrozumiałam Ks. Biskupa. Zrozumiałam, że latorośl czerpie soki, ale nie przynosi owocu. Dlatego zostanie odcięta.I wtedy usycha. I to mi nie pasowało.
    Dzisiaj znowu była ta Ewangelia.
    „Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony, jak winna latorośl i uschnie.”
    Pomyślałam, że jest inaczej. „Kto we mnie nie trwa” tzn ta latorośl, która nie czerpie soków z pnia, usycha. Jest więc tak, jak napisała morszczuk: „Jeśli więc następuje odrzucenie to zawsze z winy człowieka, z powodu jego wyboru.” Jednak ogrodnik zawsze czeka, że może gałązki wypuszczą jeszcze listki(zaczną czerpać soki). Moi rodzice zanim wytną jakieś suche gałazki w ogrodzie cierpliwie czekają. P. Bóg też czeka. Myślę, że odcięcie latorośli jest jednak ostatecznością i następstwem całkowitego uschnięcia.
    Pomyślałam jeszcze: jak to dobrze, że to nie latorośl decyduje o ocenie możliwości owocowania swoich i innych…
    Co więc pozostaje latorośli?
    Czerpać soki jak najobficiej i dawać się przycinać.
    I nie martwić się zbytnio o owoc, bo o to dba Ogrodnik.
    „Panie, spraw, byśmy poddawali się oczyszczaniu przez Twoje Słowo.”

    #42 basa
  43. #39 – basa- mogę się podpisać pod Twoim postem, myślę podobnie…przy czym ja, nie ulegam już prowokacji nt dyskusji.

    #43 morszczuk
  44. „Jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie” – powiedział Jezus. (…)
    „Beze Mnie nic nie możecie uczynić” ….
    Zimny prysznic dla nas wszystkich, jako przypomnienie naszej bezradności, by nie chełpić się z siły własnej, ale by za wszystko dobro składać dziękczynienie i coraz śmielej prosić z ufnością.

    #44 morszczuk
  45. Mój kontakt z ks. Kapturczakiem był raczej ograniczony. Znałem go od lat z daleka, kilkukrotnie mieliśmy okazję porozmawiać bezpośrednio. Z pewnością nie był postacią, która szukała poklasku i akceptacji. Niejednokrotnie stawał twardo w obronie prawdy i Ewangelii, za co często obrywał, był sądzony i przyjmował te sądy z pokorą. Nie słyszałem nigdy, aby się użalał nad sobą, albo źle mówił o innych.. wręcz przeciwnie.. był bardzo wymagający wobec tych, do których mówił w Kościele, ale nie w sposób moralistyczny, ale z wiarą i świadomością, tego czym powinien być Kościół w naszym otoczeniu: SAKRAMENTEM ZBAWIENIA, ZNAKIEM DLA ODDALONYCH OD WIARY a nie kółkiem wzajemnej adoracji, czy jakąś elitą pobożnych ludzi! Bardzo mi tym imponował… tym, że nie szukał aplauzu, tylko, że był wierny temu w co wierzył, czyli Chrystusowi… Wierzę, że Pan Bóg nie zostawi nas samych i że dostaniemy kolejnego dobrego proboszcza, takiego jaki jest nam potrzebny, aby nawracać się dziś…
    Niemniej jednak brakuje nam w Kościele takich prezbiterów jak Zbigniew Kapturczak.

    #45 el adamus
  46. #41
    Januszu, nie widzisz tego?
    Nie wiesz, dlaczego ciebie nie rozumiem?
    Ja nie mogę spojrzeć na ciebie z wysokości swojego krzyża. Ja go nie mam. Ja mam tylko krzyżyki, które wcale nie są ciężkie.
    Mogę spojrzeć na ciebie jedynie z niskości swojej radości wiary, którą daje mi P. Bóg, abym dzieliła się nią z moimi chorymi.

    #46 basa
  47. morszczuk, dziękuję

    #47 basa
  48. By umocnić moje trwanie w Chrystusie włączyłam się w nauki Drogi Neokatechumalnej. Jestem szczęśliwa,że Pan Jezus w ten sposób umacnia mnie w krzewie winnym i oczyszcza poprzez głoszone Słowo.Zostaje mi trwać w nadziei,że to Słowo spowoduje obfitszy owoc w Chrystusie.
    Kilka wpisów na tym blogu dały mi dużo do myślenia.Pozdrawiam Księdza Biskupa i wszystkich blogowiczów!
    Barbara

    #48 Barbara
  49. Basa piszesz o Dobrej Nowinie i może jednak warto od tej strony spojrzeć na przeżywanie sytuacji trudnych.Nie chodzi o prowokowanie do pustej dyskusji ale o pokazywanie kierunku myślenia-a tego nigdy nie za dużo.Różni ludzie czytają przecież to forum.
    Powiem o dwóch momentach związanych z takimi sytuacjami.
    – pierwszy to przeżywanie takiej trudności jako coś co mnie osobiście dotyka,sprawia niewygodę, ból itd.Dobra Nowina mówi wtedy: nie martw się , nic ci się nie stanie, bo twoje życie jest w dobrych rękach-Boga.Jeśli zechcesz choć trochę tak myśleć zaczyna się drugi etap
    -ten drugi moment to przyjęcie takiej Wiadomości.Wtedy powoli przestajesz myśleć o sobie, bo wiesz „kto twój los zabezpiecza”.Widzisz , że to co wydawało się nie do przebycia, trudne dołujące, nie jest już takie istotne.Nie znika, ale mimo że istnieje, nie powoduje jakiejś tragedii, można z tym żyć.Jeśli przestajesz myśleć o sobie, zaczynasz postrzegać świat trochę z zewnątzr siebie, dostrzegasz innych ,ich problemy.Otwierasz się,widzisz jak inni się męczą,tak jak ty wcześniej, widzisz,że te trudności, które cię dotykają od innych ludzi wynikają właśnie z takiego samego ich strachu o siebie , jaki ty miałaś wcześniej.Możesz wtedy im pomagać, nie tylko ( nie tyle) fizycznie, ale przede wszystkim przekazując tą Dobrą Wiadomość ,że gdy będzie znikał strach o siebie, będą też znikać dolegliwości Krzyża.
    Nie jest tu istotne, jaką intensywność po ludzku ma cierpienie każdego z nas.Dla jednego to jest sparaliżowane dziecko, dla kogoś innego wredny szef czy teściowa.Sytuacja przez którą się nawracamy jest dana przez Boga dla każdego inna, ODPOWIEDNIA w to wierzymy.Nie martwił bym się baso na twoim miejscu że masz zbyt małe Krzyżyki ani też na miejscu Janusza że zbyt duże.Moim momentem zwrotnym w życiu była choroba córki i chociaż nie minęła,to co było moją tragedią, jest teraz dumą.
    I jeszcze jedna prośba: nie prowokuj Januszu do wypowiedzi, do których ktoś jeszcze może być niegotowy.Potrzebny jest czas i cierpliwość i wyrozumiałość i wiara że Bóg dobrze nas prowadzi.

    #49 Grzegorz
  50. basa #42,
    myślę o jutrzejszym szkoleniu więc pewnie coś Cię źle zrozumiałem, ale mi to nigdy nie przeszkadza 🙂 . O pielęgnacji winorośli ostatnio trochę słyszałem. Ogrodnik usuwa nie tylko obumarłe latorośle. Winorośl ma ochotę rozrastać się. Jeśli się jej na to pozwoli owoce są małe, kwaśne. Po prostu część latorośli rośnie dla SAMYCH SIEBIE, kosztem OWOCÓW których pragnie Ogrodnik. Odcina więc te żywe i zielone, które odbierają / marnują soki

    #50 Zbyszek
  51. Ostatnio dużo myślę o tym, co napisał Ks. Bp w poście 25, a szczególnie o radach, by „w konkretnych okolicznościach życia uznawać,:
    że MOJE RACJE nie są wystarczające, a CZASEM WPROST BŁĘDNE;
    że INNI (bliźni), kiedy mi się wydaje, że nie mają racji, MOGĄ MIEĆ RACJĘ…”
    … o ile lepiej żyłoby się NAM WSZYSTKIM (między rówieśnikami, między osobami różnych pokoleń i doświadczeń, w pracy, w rodzinie, w Polsce…) , gdybyśmy te wskazówki wzięli do serca…Pozdrawiam 🙂

    #51 julia
  52. Ks. Zbigniew Kapturczak.
    Twardo stąpajacy po ziemi, wpatrzony w Głowę,
    (Jezusa Chrystusa), był dla mnie i mojej rodziny człowiekiem, przez którego Pan pozwalał poznawać czym jest dojrzała wiara i że nie pozna się bez wystawienia jej na poważną próbę dojrzałej, nie „cukierkowatej” miłości Boga.Że istnieje naprawdę piekło i że jest nim totalna samotność wynikła z buntu na własną historię, na ludzi i w konsekwencji na Boga,że mnie nie kocha i że źle urządził moje życie. Kiedy kilkanaście lat temu zgorszyłem sie sobą,po „ręcznym” wymierzeniu sprawiedliwości żonie, która mnie potraktowała z pogardą, której nie mogłem udźwignąć, mimo, że byłem już na DRODZE i po I Skrutinium, uciekając w mroźną noc z domu ( – 23 o C ) zbuntowany, bez celu, w noc, która „wydłużyła” się do siedmiu dni i siedmiu nocy bezsensu i rozpaczy, bliskiej samobójstwa, modlitwa różancowa, którą kocham i której wówczas „bezwiednie” się uczepiłem, zaprowadziła mnie do konfesjonału u Radzyma Gaudentego, w którym zastałem ks.Zbigniewa. Przez jego usta usłyszałem prawdę o „terapii” Pana Boga wobec tych, których kocha. To ich wiarę Pan wystawia na próbę, (jak Abrahama z Izaakiem)w moim przypadku pozwalając mi doświadzczyć na własnej skórze ale tylko PRZEZ SIEDEM DNI I NOCY czym jest prawdziwe piekło. Zaryzykował, abym ZMĄDRZAŁ i nabrał bojaźni Bożej, bo piekło naprawde istnieje. Ale istnieje też BOŻE MIŁOSIERDZIE, które mi to wszystko przebacza, rozgrzesza i uzdalnia do GŁĘBOKIEGO POJEDNANIA Z ŻONĄ I WŁASNA RODZINĄ, co istotnie niebawem się dokonało. To po tej spowiedzi i tym głębokim, pełnym świała Ducha Świetego wyjaśnieniu sensu tej bolesnej próby, którą Bóg dopuści, nasze małżeństwo zmieniło się z małżeństwa walki w małżenstwo heroiczne w którym wyraźnie zobaczyliśmy, jak jesteśmy bez Chrystusa i Jego miłosierdzia sami z siebie słabi, i jak w takich sytuacjach jesteśmy w tej słabości wzajemnie sobie potrzebni. To wszystko dokonało sie przez pośrednictwo takiego kapłana, jakim był ks. Zbigniew.
    O jeszcze jednym fakcie madrości Bożej, której moja rodzina przez niego doświadczyła napisaę jutro, bo teraz już muszę szykować się na Eucharystię.
    Jerzy W. z I Wspólnoty Bł. Radzyma Gaudentego w Gnieźnie.

    #52 georgius
  53. # 50 Zbyszku,
    ” Po prostu część latorośli rośnie dla SAMYCH SIEBIE, kosztem OWOCÓW których pragnie Ogrodnik”
    Czyli co z nimi zrobić? Wyciąć i odrzucić ? Czy przyciąć i pielęgnować? W którym przypadku Ogrodnik może uzyskać owoce, z tych latorośli?
    Ja dobrze nie znam się na ogrodnictwie, ale to, o czym piszesz wg mnie jest przycinaniem latorośli, żeby lepiej owocowały, żeby nie szły w liście, ale w owoce „a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy”
    Wg mnie tylko sucha latorośl, która nie czerpie soków „kto we Mnie nie trwa”, nie daje nadziei na owoc, bo nie ma w niej życia. Taka wymaga usunięcia, aby nie była przyczyną choroby innych latorośli.
    Tak, jak ja początkowo zrozumiałam Ks. Biskupa, że Pan odcina latorośl, która czerpie soki, ale nie przynosi owocu, nie pasowało mi do miłosierdzia Bożego. Bo skoro P. Bóg nas kocha i czeka na nasze nawrócenie, aż do śmierci, to nie może nas wcześniej odciąć i wyrzucić ” do ognia”. Poza tym wydaje mi się, że dopóki latorośl czerpie soki, jest nadzieja, że wyda owoc. Szczególnie, jeśli Ogrodnik jest cierpliwy i troskliwy.
    Ja to tak zrozumiałam.

    #53 basa
  54. #49 Grzegorzu, dziękuję. Myślę podobnie. Moje krzyżyki nie są ciężkie właśnie dlatego że moje „życie jest w dobrych rękach-Boga” i wiem “kto twój los zabezpiecza”.Dlatego też znikają moje „dolegliwości Krzyża”.
    I dla mnie to jest Dobra Nowina.

    #54 basa
  55. Zamyślenie 01.12.2007
    nad
    katechezą Biskupa Zbigniewa Kiernikowskiego
    skierowaną do katechetów w Siedlcach 01.12.2007r.
    (o życiu ze śmierci, o mocy w słabości, o pedagogii w wierze)

    Biskup Siedlecki swoją katechezę skoncentrował na katechetycznej posłudze słowa. Na postawione pytanie o to, co mamy głosić, odpowiedział krótko: Chrystusowy Krzyż, Chrystusa Ukrzyżowanego (por. 1 Kor 1, 17.23). To jest nasze fundamentalne prawo i obowiązek.

    1. Chrześcijanie mają prawo do krzyża i mają obowiązek przyjęcia krzyża. Świat krzyż odrzuca i domaga się odrzucenia, domaga się prawa do wolności od krzyża. Jezus zaś krzyż przyjął i swoim uczniom mówił, by szli za Nim, by ich krzyżowe życie – tak jak Jego – stawało się jedynym słowem, jedyną nauką, jedyną mądrością, jedyną mocą.
    Bóg Swojego Syna i Jego uczniów „wyznaczył jako ostatnich, jakby na śmierć skazanych” (por. 1 Kor 4,9). Apostołowie powołani w imieniu i mocy Boga stali się „śmieciem tego świata”, „odrazą dla wszystkich” (por. 1 Kor 4,13). Świat nimi „wzgardził”, uznał ich za „głupich” i „słabych” (por. 1 Kor 4,10). Oni zaś będąc w takiej sytuacji, będąc w takim położeniu, mogli doświadczać w sobie działania Boga. I tak jest do dziś. Ci co „idą” za Jezusem:
     zamiast złorzeczyć błogosławią,
     zamiast przeklinać chwalą,
     zamiast uciekać zostają,
     zamiast wypominać krzywdy milczą,
     zamiast nienawidzić kochają.
    Osiem Bożych błogosławieństw na nich się spełnia. Świat uważa ich za nieszczęśliwych, a oni czują się szczęśliwi. Tego szczęścia, tego pokoju, tej radości, tej miłości, tej ciszy, tego przebaczenia nie mają z siebie, lecz z Boga. Ta moc – ogromna i wyjątkowa – jest mocą Boga w słabych ludziach. I tę moc najwyraźniej i najpełniej widać właśnie w słabych i w posłusznych Bogu „braciach i siostrach” Jezusa.
    2. I tak będzie już zawsze: Bóg swoją wszechmoc objawia najbardziej w łasce przebaczenia (w miłości nieprzyjaciół).
    Jezus przebaczający z krzyża swoim winowajcom:
     oddaje się cały w ich ręce,
     odpowiada miłością na nienawiść,
     objawia moc, jakiej świat nie ma,
     objawia moc, która przewyższa wszystko, co ludzkie i ziemskie (Por. 1 Kor 1, 17-31).

    Stąd też Paweł z Tarsu nie chciał znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego. Wszak Ukrzyżowany:
     objawia moc zmartwychwstania,
     objawia moc życia,
     objawia Boga życia,
     objawia się jako silniejszy od śmierci,
     objawia się jako silniejszy od nienawiści, odwetu i zemsty,
     objawia się jako miłujący od zawsze na zawsze,
     objawia się jako miłujący bezwarunkowo każdego,
     objawia Boga, który jest taką Miłością.

    Ukrzyżowany i umierający żyje miłością. To właśnie miłość na krzyżu okazuje się silniejsza od śmierci. Śmierć nie może przeszkodzić Jezusowi w miłowaniu Boga i ludzi. Jeśli miłość okazuje się silniejsza od śmierci, to śmierć nie może jej nic zrobić. I skoro Bóg nie przestaje nas nigdy kochać, to co nam może zrobić śmierć, co nam mogą zrobić ci, którzy nas prześladują, skazują, zabijają. Oni jedynie ułatwiają Bogu działanie w nas, ułatwiają Bogu objawianie swej mocy, swego życia, swego zmartwychwstania w nas słabych i umierających. I tak ze śmierci wychodzi życie, rodzi się życie, powstaje życie. Takie jest prawo Boże – dla świata paradoksalne, niepojęte. Takie jest prawo działania Bożego, a nie ludzkiego.

    I tylko ten, kto „idzie” za Jezusem tego doświadcza:
     doświadcza Boga w swoim życiu,
     doświadcza życia w swojej śmierci,
     doświadcza przejścia ze śmierci ku życiu,
     doświadcza łaski chrztu,
     doświadcza łaski paschy (Por. Rz 6, 1-14).
    A to się dzieje już teraz: Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który mnie umiłował i samego siebie wydał za mnie, który we mnie objawia swoją łaskę, moc, miłość, swoje własne życie (Por. Ga 2, 20-21).

    3. I jak tu się dziwić słowom z Listu do Diogeneta, słowom o chrześcijanach żyjących w II wieku:
     skazywani na śmierć zyskują życie;
     wszyscy ich prześladują, a oni wszystkich kochają;
     pogardzają nimi, a oni w tej pogardzie znajdują chwałę;
     ubliżają im, a oni błogosławią;
     obrażają ich, a oni okazują wszystkim szacunek;
     karani śmiercią radują się jak ci, co budzą się do życia.
    Gdy to się dzieje, wówczas rodzi się pytanie : Skąd w nich ta moc, ta świętość, ta wyjątkowość?
    A oni słabi odpowiadając:
     mówią o mocy, którą daje Bóg;
     mówią o życiu wiecznym, które otrzymali;
     mówią o dniu, w którym ze śmierci przechodzą do życia.
    A oni otaczając ołtarz powtarzają:
    „Ty Boże umacniasz słabych ludzi do składania świadectwa wierze”.
    A oni stojąc pod krzyżem wyznają:
    „Z Ciebie moc płynie i męstwo, w Tobie jest nasze zwycięstwo”.

    4. Przybliżony wyżej kerygmat czyli obwieszczanie, odsłanianie, odkrywanie, objawianie:
     mocy Boga w słabym człowieku,
     życie w śmierci,
     zysku w stracie,
    to zasadnicza treść przekazywana katechizowanym przez katechetę, przekazywana „za” Jezusem, czyli jego sposobem, przez słowo i życie (przez słowo, które staje się życiem i przez życie, które staje się słowem). Jest to przekaz wiary w żyjącego i działającego „tu i teraz” Boga.
    Wobec powyższego katecheza ma stawać się pedagogią wiary, wychowaniem w wierze w Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego. Katecheci mają stawać się świadkami (martyres) Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, krzyżowanego i zmartwychwstającego w swoim Kościele, w swoich braciach i siostrach. Świadectwo o mocy krzyża to najistotniejsze kryterium kwalifikacyjne dla wszystkich ubiegających się o misję katechetyczną Kościoła i tę misję realizujących.
    5. Na zakończenie Biskup Siedlecki Zbigniew Kiernikowski skierował do katechetów swoją serdeczną prośbę, by kształtowali swój chrześcijański charakter, by za św. Pawłem mogli mówić: Teraz zaś już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus (por. Gal 2, 20). A życie Jezusa to życie w oddaniu siebie, w wydawaniu siebie na śmierć, by mogło objawiać się życie samego Boga. Pomocą w tym „rzeźbieniu” siebie jest diecezjalny program duszpasterski „Chrzest w życiu i misji Kościoła” . W kontekście przywołanej katechezy program ten jest:
     zaproszeniem skierowanym także do katechetów,
     przestrzenią do poznawania mocy krzyża,
     szansą do odkrywania historii własnego zbawienia,
     powrotem do wspólnoty z Bogiem i bliźnim,
     powrotem do Kościoła,
     odkrywaniem i przyjmowaniem posłannictwa eklezjalnego w odniesieniu do świata,
     drogą nowej ewangelizacji. Opracował: ks. dr Krzysztof Baryga

    #55 katolicki baran
  56. #53 basa,
    wierzę że Pan Bóg jest miłosierny. Wierzę że jest także sprawiedliwy. Wierzę że pierwsze przeważy gdy będę prosił. Ale jeśli kiedyś by pycha mnie zwiodła – miejsce wybaczenia zajmie sprawiedliwość.

    #56 Zbyszek
  57. Basa, ja się podpisuję pod tym, co napisał Zbyszek #50. Czytając Twoje wpisy odnoszę wrażenie, jak byś się w jakimś sensie bała mówić o Bożej sprawiedliwości. Wierzyć w Boga to nie tylko uznawać Jego miłosierdzie, ale uznawać również Jego sprawiedliwość. Piszesz: „nie pasowało mi to do Bożego miłosierdzia”. Dopiero poznanie Bożej sprawiedliwości pozwala odkrywać ogrom Bożego miłosierdzia. Świadectwo georgiusa (dziękuję za nie 🙂 ) przypomniało mi pewne zdanie o Mojżeszu:
    „Pamiętaj – zwierza się Bóg Mojżeszowi – że w Moim Prawie są przemieszane sprawiedliwość i miłosierdzie, bo gdyby było tylko miłosierdziem, czy grzech nie zniszczyłby świata? A gdyby było tylko sprawiedliwością, czyż sprawiedliwość nie zniszczyłaby grzesznika?” (E. Fleg „Mojżesz w opowieściach mędrców”)
    Kiedy mnie dosięgają konsekwencje moich grzechów, bardzo mi pomaga modlitwa słowami z Apokalipsy: „Sprawiedliwy jesteś Panie, Który byłeś i Który jesteś, i słuszne są Twoje wyroki” (por. Ap 16,7). Zawsze mi ta modlitwa przynosi głębokie ukojenie i chroni przed osądzaniem innych, żalami i pretensjami do „winnych”.
    Pozdrawiam Cię serdecznie 🙂

    #57 Fasola
  58. Zbyszku, a ja wierzę, że gdy pycha mnie zwiedzie, Pan Bóg mnie przytnie sprawiedliwie, ale miłosiernie nie wytnie i nie odrzuci, dając mi kolejną szansę na wydanie owocu.
    I zgadzam się z tobą Fasolo.” Dopiero poznanie Bożej sprawiedliwości pozwala odkrywać ogrom Bożego miłosierdzia.”

    #58 basa
  59. # 41 i 55 Januszu, już wiem, co znaczą słowa „kocham Cię” z postu 41 – kochasz mnie jako nieprzyjaciela. Trochę to jest dla mnie przykre, ale przyjmuję to z taką pokorą, na jaką mnie stać. Chciałabym tylko, abyś wiedział, że nie uważam ciebie za wroga i nie nienawidzę cię.
    Grzegorzu #49 „nie prowokuj Januszu do wypowiedzi” Ta dyskusja to moja wina, bo to ja dawałam się prowokować wypowiedziom Janusza, a nie on chciał mnie prowokować. Taka jest prawda.

    #59 basa
  60. Dzięki Janusz za to streszczenie katechezy, cały czas Pan myśli o mnie :-), to naprawdę jest piękne:-)

    #60 z...owieczka
  61. Janusz,
    chcę się podzielić z Tobą myślą, która mi przyszła, gdy mówiłeś, że Piotruś uśmiecha się najwięcej. Tak jest bo on czuje, że cierpisz z nim i kochasz go. Nie musisz się Ty uśmiechać. Fakt, kiedy kochamy chcemy dać wszystko, uśmiechać się i cieszyć, ale cenniejsze jest być razem gdy jest trudno. I wtedy gdy ten kochany uśmiecha się, to jest najważniejsze, najwspanialsze, bo on wie…
    Pozdrawiam

    #61 AnnaK
  62. Księdza Zbigniewa Kapturczaka spotkałam dwadzieścia kilka lat temu gdy na konwiwencji regionalnej spowiadałam się u niego. To było spotkanie z Bogiem w sakramencie, dzięki temu księdzu, który na serio nawrócenie zaczynał od siebie i miał tak żywą relację i „otwartą linię” do Boga. Po moim krótkim wyznaniu grzechów, on wsłuchał się jakby w myśli (wierzę dziś, że to myśl od Boga) i powiedział mocno:”Nie bój się deptać po tym, co złe, Pan Bóg przygotował wielkie rzeczy dla Ciebie”. Potem chciał coś dodać, ale co tu powiedzieć teraz? I był zakłopotany przez moment. Widziałam, że to nie były słowa od niego, więc teraz skinęłam głową, że ok, już wystarczy. Wtedy udzielił mi rozgrzeszenia. To był czas ważnych dla mnie decyzji i dlatego jestem Bogu bardzo wdzięczna za niego, ponieważ pomógł mi w ich podjęciu.

    #62 AnnaK
  63. #40 basa

    Basa ! Jasne, że – tak. Z katechizmu wiem, że wszyscy są słabi, chorzy lub skrzywieni (Niepokalana – tylko jedna). Z doświadczenia wiem, że jestem słaby, chory i skrzywiony. (W tym moim tekście nie chodziło o zaprzeczenie dobroci słabych, chorych i skrzywionych. Pozdrawiam

    #63 greg
  64. Bóg – właścilei winnicy, doglądając swe latorośle, jak dobry ogrodnik dogląda je, nacina, odrzucając to, co przeszkadza we wzroście.
    Bóg – ogrodnik nas rani swoją Miłością, byśmy TĘSKNIĄC za Nim, zrastali się z Nim. Byśmy tworzyli cud zgodności naszej woli z JEGO wolą! Byśmy zachowując jedność, oryginalność połączenia z Nim, zachwycali innych swoją niepowtarzalnością, odmiennością …
    Potrzebujemy poznać, zrozumieć, zaakceptować swoją niewystarczalność i Jego wszechmoc, by pozwolić Mu nas przemieniać. Pozwolić się zranić, by doznać uzdrowienia…. Zranić – zaszczepić Jego Miłością ….

    #64 morszczuk
  65. Razem ze Śp.Księdzem Zbigniewem weszliśmy na Drogę Neokatechumenalną. On przez dość długi czas mówił do nas: „Wy idziecie drogą a ja – rowem!” Trudno mu było godzić wiele obowiązków: proboszcza budującego kościół i dom paraf-katechetyczny i to w niełatwych czasach lat osiemdziesiątych, później dziekana II dekanatu w Gnieźnie. Ale zawsze znajdował czas, by z nami celebrować w sobotę wieczorem eucharystię. Wypełniły się słowa powiedziane do nas przez naszego Katechistę -obecnego Bp.Zbigniewa – gdy wyjeżdżał z Gniezna: „Trzymajcie się Słowa i kochajcie swego Proboszcza”. Byliśmy wierni temu poleceniu, Pan dał łaskę, skończyliśmy Drogę z naszym Proboszczem.

    #65 Alojzy
  66. Zachęcona zaproszeniem Księdza Biskupa chcę dorzucić swoje wspomnienia o naszym Prezbiterze – śp Zbigniewie Kapturczaku. Dużo z tego, czym chciałam się podzielić, napisali już moi Bracia. Podpisuję się szczególnie pod wypowiedzią Grzegorza P., że Zbigniew był takim prawdziwym człowiekiem: nie słodził, nie głaskał, był konkretny i w tym nie bał się, że ktoś tam nie będzie Go lubił. Mówił zawsze twardo, ale gdy widział taką potrzebę po ojcowsku „przytulał”. Imponował mi tym, że w okresie oszczerczych artykułów na Jego temat w prasie, niekiedy jawnej wrogości garstki parafian – nie skarżył się i nie szukał winnych. Wypełniał słowa Jezusa o nadstawianiu drugiego policzka.
    Widać było, jak Droga powoduje, że Jego homilie są pełne Dobrej Nowiny, szczególnie te głoszone na pogrzebach. Powtarzał, że rozpacz po stracie najbliższej nawet osoby nie przystoi chrześcijanom. „Trzeba wierzyć, że zmarły jest już u Ojca, a gdzie człowiekowi lepiej niż w domu Ojca? Po co łzy? Chyba tylko ze smutku, że my jeszcze musimy się męczyć tu, na ziemi.” To były Jego słowa na każdym pogrzebie tak Braci ze Wspólnot, jak i innych parafian. To dawało nam pokój i wielu z nas wyprowadzało ze strachu przed śmiercią. I te słowa poparł własną postawą w czasie ciężkiej choroby. Chory, bardzo już zmieniony, przychodził do nas i celebrował liturgię Słowa i Eucharystię. Nauczył nas, jak należy iść na spotkanie z Ojcem.
    Dziękuję Panu, że miałam takiego Prezbitera.
    Halina Teresa

    #66 Halina Teresa
  67. …..#65….Pan dał łaskę, skończyliśmy Drogę……Alojzy,i co dalej???????? janusz franus

    #67 katolicki baran
  68. ….#61….jest wielu,którzy nie mogą patrzeć na mój uśmiech.Mówią,że jestem „słoneczkiem” i nie rozumieją jak można się uśmiechać w sytuacjach „beznadziejnych”.Często obrywam za „głupi” uśmiech.Ludzie z tego świata nie mogą patrzeć na krzyż i nie cierpią tych,którzy mimo bólu maja pokój i radość płynącą z doświadczenia chwalebnego krzyża…….janusz franus

    #68 katolicki baran
  69. ….#59….basa….jestem twoim przyjacielem……janusz franus

    #69 katolicki baran
  70. #67 Janusz
    … ale pisałeś, że Piotruś uśmiecha się najwięcej z całej rodziny (on jest „słoneczkiem” do kwadratu) i wtedy zabrzmiało to trochę smutno. Może bywają różne dni, albo mam takie wrażenie. Zresztą najważniejszy jest on.

    #70 AnnaK
  71. #68,
    uśmiech jest jak wyciągnięta ręka. Nie sztuczny, druciany, ale taki płynący z serca. A uśmiech człowieka doświadczonego stawia do pionu. Dziś miałem zaszczyt poznać kobietę, która musiała zmienić swoje życie bo jej mąż zachorował na raka. Nie żaliła się, szczerze cieszyła się „że on jeszcze żyje”. Nie urządza mu co dzień pogrzebu, ale żyje on, ona i ich dzieci. W tych kilku słowach można było zobaczyć prawdziwe życie, którego nie doświadcza wielu zdrowych! „a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” [Mt 16,25]

    #71 Zbyszek
  72. Januszu, dziękuję.
    Dziękuję za wszystko. Za każde nieporozumienie. Za każde upomnienie. Za każde dobre słowo. Za twoją miłość. Za twój uśmiech, który dałeś mi poznać na koniec.
    „jest wielu,którzy nie mogą patrzeć na mój uśmiech” to jest ich problem. Dla mnie twoja sytuacja nie jest beznadziejna.
    Teraz powiedziałeś mi Dobrą Nowinę: Mimo bólu można mieć „pokój i radość płynącą z doświadczenia chwalebnego krzyża”. Mówię ci to ja Janusz, który na codzień tego doświadczam.
    Dziękuję. Bardzo ci dziękuję za twoje świadectwo.
    Pozdrowienie dla Piotrusia, pozostałych synów i żony

    #72 basa
  73. P.S.
    I przepraszam za wszystkie gwoździe, które wbiłam w twoje ciało, dokładając się do twojego krzyża

    #73 basa
  74. Piszę po raz trzeci o drugim fakcie dojrzałej mądrości Boga, której przez Zbyszka Kapturczaka doświadczyła moja rodzina. Dwa teksty pisane wcześniej przez błąd techniczny komputera po prostu mi „uciekły”. Otóż po trzech latach wdowieństwa( żona Bożena zmarła w trakcie drugiego skrutinium) i trudach wsłuchiwania się w głos Boga jaką historię mi przygotował, po wielu poszukiwaniach (byłem nawet 1 rok aspirantem do seminarium) Pan podarował mi drugie małżeństo z siostrą z własnej Wspólnoty. po ślubie zamieszkaliśmy razem w moim mieszkaniu z moim 20 letnim synem, który miał narzeczoną, pracował i studiował,bojąc sie panicznie obowiązkoej wówczas
    służby wojskowej. W trakcie jednego z wyjazdów służbowych zginęła mu pokaźna suma pieniędzy pochodzaca ze sprzedaży jednemu z klientów produktów owej firmy. Przerażony syn, nie wierząc, ze szef da wiarę w opowieść o tym bolesnym wydarzeniu, postanowił sam naprawić szkodę, i kolejne wypłaty inwestowal w hazard licząc na wygraną, która mu pozwoli spłacić brakujące pieniądze. Tak sie jednak nie stało i po kilku miesiacach przyszedł czas rozliczenia z firmą. Wtedy koszmarna wizja ujawnienia prawdy i jej konsekwencji (sąd, wyrok,więzienie, „zarwane” studia, zerwane narzeczeństwo)nasuwała jemu jedną myśl; „samobójstwo”! O tym wszystkim zdecydował sie mnie powiedzieć (byłem jego katechistą) a ja ekipie, w ktorej prezbiterem był Zbyszek. Po wysłuchaniu syna i rozwaeniu w ekipie wszystkich możliwych rozwiązań Zbyszek STANOWCZO zalecił:” Masz pójść do szefa, wszystko mu powiedzieć i wydać się do jego dyspozycji”. Ekipa na czle ze mną była przerażona. „Co ty proponujesz? Mówiliśmy. Przecież za to czeka go sąd i więzienie i zlamane życie.” Zbyszek był jednak nieugięty. Powiedzial do mnie:”Jesteś jego ojcem,katechistą, wymyśl szczegóły, jak to zrobić i zaufaj miłosierdziu Bożemu.Pan kocha ciebie i twojego syna i nie chce was skrzywdzić.” Poszliśmy przybici do domu. Ale ta myśl po drodze stala się natretna. W domu ustaliliśmy, że sym przez dwa tygodnie przed rozmową będzie każdy dzień rozpoczynał Eucharystią i prosił Chrystusa aby dał mu gotowość przyjecia Jego woli. Po dwoch tygodniach syn udał sier do szefa. Nie przyjął go, wyznaczajac termin rozmowy za tydzień. Jeszcze tydzień na co dzień z Euchrystią podarował synowi głęboki pokój i zaufanie. Gdy powiedział wszystko szefowi i zdeklarował gotowość odpracowania przez kilka lat strat finansowych, szef oniemiał.Poprosił syna o przyjście za dwie godziny aby uslyszeć jego stanowisko. Po dwóch godzinach szef WYRAZIŁ ZGODE NA PROPOZYCJĘ syna, deklarując dodatkowo wypłatę po 300 zł na comiesieczna opłatę czesnego. Zbudowany taką reakcja szefa syn powiedział też caę swej narzeczonej. Dziś jest z nią po kilkunastu latach szczęśliwym małżenstwem. Kiedy po latach spłaty strat syn zdecydował się rozstać z firmą SZEF NIE CHCIAL GO ZWOLNIĆ!!!. Mówił:
    „Na kogo, jak nie na Pana mogę liczyć”.
    Tak oto stawiał poważnie chrześcijanstwo nasz kochany proboszcz ks. Zbigniew Kapturczak. Prawda Ewangeli mogła się nią stać tylko w obliczu poważnych prób wiary. Jaka to prawda? Że Bóg jest miłością i miłosierdziem dla ludzi o skruszonym sercu, którzy jemu zaufają. I taka prawdę ja i moja rodzina w bolesnych, ale jakże leczących próbach wiary poznaliśmy przez posrednictwo Zbigniewa. Przez niego doświadczyliśmy, ze łaski od Boga do ludzi przychodzą przez innych ludzi.
    Jerzy W. z I Wspólnoty Bł. Radzyma Gaudentego w Gnieźnie.

    #74 georgius
  75. ……”Jesteś jego ojcem,katechistą”……oby wszyscy katechiści mięli takiego ducha jak Zbyszek Kapturczak……KATECHISTA to OJCIEC dla katechumena………janusz franus

    #75 katolicki baran
  76. Ś.P. Ksiądz Proboszcz ZBIGNIEW KAPTURCZAK – przyjął w Parafii pw. Bł. Radzyma Gaudentego DROGĘ NEOKATECHUMENALNĄ. Katechezy były głoszone regularnie i powstawały wspólnoty, o które dbał.
    Dzięki tej konkretnej FORMACJI CHRZEŚCIJAŃSKIEJ życie moje i wielu innych ludzi zostało uratowane.

    #76 Izabela
  77. Winny Krzew
    Jezu dźwigasz na barkach ciężar moich grzechów.
    Z nadzieją na pomoc, krzyżem grodzisz moją drogę.
    Moje dni z problemami, grzechami i strachem mijają
    Ty idziesz, Panie, za mną, przyłączasz się do mnie
    Wchodzisz w me uczucia, radości i w moje łzy
    Rozświetlasz moją duszę, uciszasz myśli me
    Nie opuszczaj mnie Panie, zostań jeszcze ze mną.
    Jesteś mi potrzebny, Tyś moim Przyjacielem
    Uwielbiam Cię Jezu w chlebie tym ukryty
    Jestem Twoją gałązką, a Ty Winnym Krzewem,
    Bez Ciebie żyć nie mogę, miłością owocować…

    #77 Teresa Sz
  78. O Zbyszku (ks. Kapturczaku). Kilka dni wstecz, pewien człowiek wiedząc, że dosyć blisko byłem z probostwem Zbyszka, kiedy już załatwiliśmy bardzo zwyczajną życiową sprawę, nie wytrzymał i mówi do mnie: „Wiesz, zawsze, kiedy idę na grób żony, to idę też na grób ks. Kapturczaka”. Ja do niego na to: ” To był święty proboszcz”. On do mnie: „No, święty – to może … nie. Ale zawsze kiedy idę na grób żony, to do niego też idę.” No, to ja mówię: „To, tak, jak, ja: Po pogrzebie Zbyszka byłem raz na cmentarzu św. Piotra (u mamy i syna) i wtedy też raz byłem przy Zbyszka grobie”.
    Wielu ludzi, nie wypowiada się słowami, które jakoś intelektualnie oddają ich związek z Bogiem, z proboszczem, z kimkolwiek. Jednak ich reakcje mówią wiele.
    U Radzyma w parafii takich ludzi, którzy się nie wypowiadają „na forum” jest bardzo wielu. Ten wspomniany przeze mnie człowiek nawet nie jest z tej parafii, lecz kiedyś w niej był i m.in. powiedział: „Wiesz, ja, kiedy proboszcz wołał, żeby ten a ten numer bloku pomógł przy budowie, to przychodziłem, ale poza tym – nie.”

    #78 greg
  79. O kobiecie i Zbyszku (ks. Kapturczaku). Spostrzeżeń – obrazków z jego życia zachowuję bardzo wiele. Jednym z piękniejszych jest obraz jego… i pewnej kobiety. Parafianie, którzy do kościoła przychodzili (w latach 2004-08) trochę więcej, niż tylko w niedzielę, myślę, że doskonale zorientowani są o kim tu dalej piszę. Była to kobieta między 40-ką a 50-ką, samotna, piękna (choć była o wiele mniej zadbana, niż zadbane mężatki, którym się w małżeństwie powiodło). Trochę dziwnie ubierała się. Strój „wizytowy” to było coś w rodzaju długiego białego welonu, który czasami okrywał jej także głowę, zwisając prawie do ziemi. Strój sportowy – to dżinsy plus niewielki czerwony plecak. Ta kobieta swoim ubiorem, stylem bycia i niekiedy zachowaniem wybiegała poza społeczną parafialną normę. Można chyba powiedzieć, że czasami – rażąco wybiegała. Nawet można było słyszeć na jej temat żarty lub przejawy lekceważenia. Słyszałem np. jak pewne dziecko na temat jej żartowało, przezywając ją „firaną” (od tego okrycia-welonu). Dzieci, jak to dzieci, zresztą interesowały się tą parafianką. Mówiły:” M. zrobiła to, M. zrobiła tamto … widziałeś ?… słyszałaś ?…”
    Ta kobieta w kościele bywała bardzo często. Dla mnie wzruszające było to, że ona właściwie cały dzień krążyła wokół kościoła. Nie znałem jej osobiście, ale myślę, że była dość typową przedstawicielką dzieci urodzonych w uporządkowanej epoce Gomułki, a przeżywających swoje nastoletnie doświadczenia w bananowej i dostatniej (w pewnych zakresach) epoce Gierka. Wiele dzieci – zwłaszcza z rodzin, gdzie był względny dostatek – urodzonych na początku lat 60-tych chciało „żyć pięknie” i myślę, że M. tej piękności była przedstawieniem.
    M. tym „wybieganiem za normę społeczną” była oczywiście trudna dla Zbyszka. A to gadała w kościele, a to śpiewała pieśni o Matce Bożej, gdy inni śpiewali co innego, a to w czasie liturgii – jak słyszałem od dzieci – mówiła „szatan jest wielki”. Jednak nie było widać po zachowaniu Zbyszka, żeby on miał w stosunku do M. najmniejszą nawet trudność. Wiele razy widziany przeze mnie obrazek był taki – on idzie z Najśw. Sakramentem w procesji Bożego Ciała, a M. krok w krok (w jednej linii) z nim. Nigdy nie widziałem żadnej nerwowej reakcji proboszcza. Przeciwnie, zachowując pogodę ducha umiał z nią rozmiawiać, miał w stosunku do tej kobiety wielką wolność (która udzielała się innym, np. – zarażonych perfekcjonizmem). Boguś, pewien bliżej mi znany parafianin mówił, że on Boguś w niektórych sytuacjach mówił do M. np. „M. ! jeden krok do tyłu !” (nie wiem czy proboszcz upoważnił go do tego czy czuł się sam upoważniony). Ten człowiek powiedział mi też coś takiego: „M. słucha tylko proboszcza !”. Zresztą to było widać – proboszcz mówił, M. robiła. Potem, w 2008 roku, kiedy Zbyszek już był tak chory, że okresowo już nie uczestniczył w liturgiach, inni próbowali słów i innych środków po to, żeby M. nie „wybiegała poza społeczną normę” albo po prostu – nie stawiała pod znakiem zapytania możliwości prowadzenia liturgii (jak to widziałem, w jednym wypadku, w 2008 roku). Powodowało to jednak zawstydzanie M. i trochę nerwowości u innych. Coraz rzadziej widać było M. w kościele i koło kościoła, a w 2009 roku – znikła zupełnie.
    Zbyszek był księdzem, który bardzo dbał o piękno liturgii, o czytelność i czystość liturgicznych znaków, o piękno kościoła, kaplicy z Najśw. Sakramentem czy o piękno i porządek Domu Parafialnego. Co miesiąc można było słyszeć w komunikatach parafialnych wezwanie do zachowania piękna w sąsiedztwie kościoła. Kiedy chodziło o chwałę Bożą Zbyszek wiele oczekiwał od parafian, a nawet można było słyszeć surowe uwagi. Ale nie był perfekcjonistą – człowiekiem alergicznie reagującym, gdy ktoś „wybiegał poza społeczną normę”. Myślę, że to jest jeden z powodów, dla których ludzie go kochali, czując, że on ich jednoczy miłością, która jest z Boga.
    Czy tak było od początku powstania parafii ? Nie wiem. Nie potrafię ocenić. Myślę, że Zbigniew, szedł z dobrą nowiną, jaką jest Chrystus – dla każdego. Kiedy miał pokusy, żeby się cofnąć ? Kiedy się cofnął ? Nie wiem. Tak blisko proboszcza nie znałem. A poza tym – jak w homilii w czasie Eucharystii pogrzebowej mówił inny Zbigniew – człowiek na drodze zawierzania Chrystusowi jest tajemnicą. Wielką tajemnicą (trzeba uklęknąć).

    #79 greg
  80. Często kiedy Śp. ks. Pob. Zb. Kapturczak wchodził do zakrystii zawsze w tam tych chwilach zaczynała panować cisza . Lubił żartować ale nie kiedy to bywało tak że nie mogliśmy nie chciało się nam od niego odchodzić . Bywało tak zawsze że po jakich uroczystościach mówił w zakrystii : ” Wszystko było dobrze ale … ” i to była dla nas motywacją na dalsze lata żeby takich błędów nie popełniać . Gdy się dowiedziałem że ks. Zbyszek nie żyje to przypomniałem sobie jego słowa przed Eucharystią Neokatechumenalną ” My już chyba nigdy nie zaczniemy punktualnie ” .

    #80 Wirtuoz

Sorry, the comment form is closed at this time.


css.php