Łódź była miotana falami, gdyż wiatr był przeciwny (zob. Mt 14,22-33). A oni, uczniowie Jezusa, byli sami. Nie było z nimi ich Mistrza i Pana. Ale to On wiedział, że oni są w tych warunkach. To On ich przynaglił do tego, by wsiedli do łodzi i przeprawili się na drugi brzeg. Tak to wszystko wydawało się zwyczajnie. Ale teraz trudności, a oni sami. I oto On przyszedł, niespodzianie, krocząc po jeziorze. Ten widok ich przestraszył. Ze strachu krzyknęli. Była to reakcja, jaką każdy z nas może rozumieć i która nie dziwi. Lecz po słowach Jezusa: «Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!» zmieniło się wszystko. Odczucie lęku przechodzi w potrzebę spotkania i bliższego doświadczenia tej przedziwnej obecności. Także jawi się pragnienie przeżycia tego, co z tej obecności wynika. Pragnienie przeżycia czegoś więcej. Stąd słowa Piotra: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!». I tak się stało. Piotr kroczył po wodzie i przyszedł do Jezusa. I oto w tym momencie zdarzyło się coś dziwnego. Silny podmuch wiatru i ponowny lęk. Ponowny krzyk i zawołanie: «Panie, ratuj mnie!».

«Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!».
«Panie, ratuj mnie!».

Za tymi dwiema wypowiedziami Piotra stoją dwa doświadczenia. Można powiedzieć: dwa doświadczenia, które się uzupełniają i które niejako tworzą strukturę spotkania człowieka z Bogiem objawionym w Jezusie Chrystusie.

Konieczność i szansa przejścia

Te dwa momenty odzwierciedlają konieczność przejścia od inicjatywy ludzkiej, podejmowanej nawet z pomocą Pana Boga, do pełnego przyjęcia zbawczego działania Boga wobec człowieka. Chodzenie po wodzie, dosłownie po wodach, w imię czy mocą Jezusa, czego – na swoją prośbę – doświadczył Piotr, było dla niego i dla jego towarzyszy zapewne wielkim przeżyciem. Piotr rzeczywiście chodził po wodzie. Szedł w kierunku Jezusa. Przyszedł do Jezusa. Ale czy Go już spotkał? Czy Go już poznał jako Zbawiciela? Czy to już było spotkanie z Jezusem Zbawicielem? Czy też raczej było to jeszcze spotkanie z Jezusem Cudotwórcą, który dokonuje wielkich rzeczy jakby na zamówienie czy według oczekiwań człowieka? Takie pytania możemy sobie stawiać wobec dalszego przebiegu tego wydarzenia.

To wydazenie nie skończyło się jednak tym jakby tryumfalnym motywem chodzenia po wodzie. Potrzebny był dalszy etap, poniekąd bardzie prawdziwy i bardziej ludzki – bo Piotr faktycznie zaczął tonąć. I tutaj objawiła się jego prawda. Z drugiej strony ten moment pogrążania się Piotra w wodach to moment objawiający prawdę o obecności Boga, który jest wtedy i szczególnie wtedy, kiedy człowiek zaczyna tonąć, kiedy – jak to popularnie mówimy – dotyka dna i z tej sytuacji woła «Panie, ratuj mnie!». Woła wtedy bez stawiania żadnych warunków, bez swoich projektów i planów. Po prostu woła z głębi swojej egzystencji. Człowiek takich momentów potrzebuje, żeby w prawdzie zwrócić się do Pana jako jedynego Zbawiciela.

Nie uchronił przed trudnościami

Ten Jezus, który pozwolił Piotrowi chodzić po wodach nie wstrzymał silnego podmuchu wiatru i nie uchronił Piotra przed doświadczeniem tonięcia. Nie oszczędził mu konieczności wołania z sytuacji zagrożenia «Panie, ratuj mnie!». Podobnie później nie uchroni Piotra przed zaparciem się Go na dziedzińcu podczas przesłuchania Jezusa. Tam też Piotr dotknie swego ludzkiego dna i zwróci się do Pana, nawróci się do Pana.
W tym krótkim doświadczeniu między słowami Piotra: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!» a jego słowami: «Panie, ratuj mnie!» dokonała się wielka zmiana. Przede wszystkim zmiana punktu widzenia, z jakiego Piotr określał i oceniał wszystko. To on wiedział. Czasem, wydawało się jemu, że wiedział lepiej niż jego Pan i Mistrz.
W tym krótkim momencie przeżywa coś, co pozwala mu wszystko skorygować. Zachodzi w nim wielka zmiana: z kogoś, kto chciał doświadczyć Boga jakoś po swojemu i w pewnym sensie chodzić z tym Bogiem w chwale, na kogoś, kto doświadczając kryzysu pozwala się ratować i jest tego świadom, że sam nie potrafi, nawet ze swoim odwołaniem się do mocy Boga. Doświadczył bowiem, że tylko do pewnego czasu mógł kroczyć po wodzie. Gdyby nie zaczął tonąć, może długo mógłby jeszcze tak chodzić po wodzie, ale ani nie poznać siebie ani też nie spotkać Jezusa Zbawiciela. Nawet, gdyby na oczach wszystkich – niejako obok Jezusa i z Nim razem – kroczył po wodzie. Taka wizja relacji Jezusem nam grozi. Niejednokrotnie tak błędnie przeżywamy – w pewnym triumfalizmie – nasze chrześcijaństwo. Dotyczy to poszczególnych osób i dotyczy to wspólnot i ich przełożonych. Piotrowi potrzebne było doświadczenie czegoś przeciwnego. Doświadczenie tego momentu przeciwnego owemu chodzeniu po wodzie. To chodzenie po wodzie było owszem też potrzebne, ale nie było wystarczające. Potrzebny był ów silny podmuch wiatru, który stawił go w sytuacji bezsilności. Dopiero z tej pozycji Piotr doświadczył Jezusa jako Zbawcy. Jezus przeżyje coś z tego na krzyżu (zob. Ps 22).

Prawda spotkania, które staje się zbawieniem

Gdy Piotr przyszedł po wodzie do Jezusa, nie poznał Go jeszcze jako Zbawiciela. Do momentu doświadczenia tonięcia, Piotr niejako znał Jezusa jakby z zewnątrz, jakby po swojemu. Jezus jako Zbawca, jego Zbawca, nie przeniknął jeszcze jego egzystencji. Dopiero ta sytuacja tonięcia i wołanie Piotra skierowane do Jezusa: «Panie, ratuj mnie!», otworzyły nowy dostęp Jezus do wnętrza Piotra. Imię Jezusa – Jeszuah, a więc Bóg zbawia, w języku, jakim się posługiwali, było jakoś zawarte w wołaniu Piotra «Panie, ratuj mnie!», co mogło brzmieć: Adonai, hosziah-na . Panie, ratuj mnie! Panie, Tyś jedynym moim zbawcą. Tego nie da się zrozumieć teoretycznie. Trzeba takiego doświadczenia. Dopiero zawołanie z sytuacji tonięcia wprowadziło Piotra w prawdziwe spotkanie ze Zbawicielem. Trzeba było tego doświadczenia kryzysu, doświadczenia małej wiary. Wiary, która jest wystawiona na próbę jakby do ostateczności.

Jest czymś naturalnym, że boimy się trudnych doświadczeń. Boimy się takich doświadczeń które odkrywają naszą słabość i niemoc. Ewangelia dzisiejsza uświadamia nam, jak właśnie takie momenty są jednak dla nas, ludzi małej wiary, potrzebne, abyśmy nie byli przekonani o naszej wielkiej wierze, o naszej jakby zdolności pokonywania trudności – nawet z pomocą Pana, ale po swojemu. Są nam potrzebne takie momenty kryzysu, abyśmy nie pojmowali chrześcijaństwa jako swoistego (a może wprost triumfalistycznego) chodzenia po wodzie według naszych koncepcji. Potrzebne są takie momenty, byśmy doświadczyli zbawczej obecności Pana, kiedy coś – a nawet wszystko – się kończy. Byśmy z tej świadomości i z tej pokornej wiary potrafili służyć. Panie, wspomagaj nas, małej wiary. Chroń nas przed naszym przekonaniem o wielkiej wierze!
Bp ZbK

Podziel się z innymi

Rss Komentarze

33 komentarze

  1. Bóg zna granicę mej „wiary”. Długo trzeba wołać…Albo tak się to subiektywnie przeżywa.

    #1 piotr1
  2. Dziś w pewnym sensie mogę powiedzieć, że „chodzę po wodzie” (ze wszystkimi tego niebezpieczeństwami), ale mam w pamięci „tonięcie”. Choć było to dość dawno – pamiętam to doskonale. Przypadkiem (?) spotkałam osobę, która też miała doświadczenie tego, że „wszystko może się skończyć”. Doszłyśmy wspólnie do wniosku, że POTEM nic już nie jest takie samo. Mogłybyśmy powtórzyć za Ks. Bpem:
    „Odczucie lęku przechodzi w potrzebę spotkania i bliższego doświadczenia tej przedziwnej obecności. (…)Pragnienie przeżycia czegoś więcej”.
    Chcemy doświadczać „przedziwną obecność” Boga w bliźnich. Tzn. z jednej strony chcemy, a z drugiej – boimy się jej, bo przecież Bóg jest inny, niż nam się wydaje…

    #2 julia
  3. Postać św. Piotra doskonale pasuje do mojej osoby. Uważam się za osobę wierzącą, mam pracę, rodzinę, dopisuje mi zdrowie, uczestniczę w życiu Kościoła. Dziękuję Bogu za wszelkie dobro i wszystko, co mam; nie żyję w luksusach, ale tym co posiadam, potrafię podzielić się z innymi. W miom życiu doświadczam dużych trudności, czasem bywa, że zaplanowany przeze mnie świat pęka bez racjonalnego uzasadnienia, wszystko się wali i wówczas z głębi duszy wydobywa się głos Boże, gdzie jesteś? Jeśli mnie nie potrzymasz Panie to upadnę. Te właśnie chwile – wbrew logice- są dla mnie błogosławione, ponieważ w nich następuje autentyczne spotkanie moje z Bogiem; tak jak pisze Ks. Biskup, te chwile otwierają nowy dostęp Boga do mojego wnętrza. Pojawiają się wówczas słowa z Księgi Wyjścia JESTEM, KTÓRY JESTEM (Wj 3,14). Bóg jest ze mną, jest obecny w żywym słowem, które porusza jak nigdy moje wnętrze, spotykam go w Eucharystii, w której jestem maksymalnie skupiona, wreszcie posyła mi Swego Ducha, którego powiew jest namacalnie odczuwalny. Chwlilowe zachwianie czasem również zwątpienia powodują, że wyraźniej widzę Oblicze Chrystusa w każdej trudnej sytuacji. Jesus pragnie, by nasza wiara była mocna i przetrwała każdą burzę, dlatego wystawia nas na próbę. W takich chwilach nieustanie należy wołać: Ratuj Panie i powstrzymaj burzę, nie daj mi zginąć pośród fal ogromnych, które mnie zewsząd otaczają. Nie ustawać w tym wołaniu. Po burzy przychodzi cisza, zaczyna świecić słońce jest dobrze, cała filozofia w tym, by tę burzę przeżywać z Bogiem, nawet jeśli wydaje na się, że Go nie ma. On jest – wielkokrotnie tego w swoim życiu doświadczam.

    #3 Dorota
  4. Ta Ewangelia o chodzeniu Jezusa po wodzie i tonięciu Piotra jest Ewangelią o naszej rzeczywistej sytuacji, nie wprowadza nas w fikcję naszej egzystencji, ale w prawdę – zresztą jak każdy fragment Biblii.
    Takie jest moje życie: czasami chodzę po wodzie (i jest to możliwe mocą Boga) – i wtedy ufam, że to Jezus działa. Takie chwile wcale nie muszą być łatwe, radosne, przyjemne. Niekiedy łatwo, kiedy indziej trudno je rozpoznać. A czasami tonę (i tego doświadczam dzięki swojej mocy i za przyzwoleniem Boga) – ale wiem, że mogę wołać do Jezusa o ratunek. Mam nadzieję, że jestem w prawdzie o swojej sytuacji: mogę być przydatna Jezusowi w tym, co On chce przeprowadzić, ale mogę też coś zacząć robić na własną rękę i coś zniszczyć. Tylko tyle, że ta moja sytuacja nie jest nigdy beznadziejna, bo wiem, do kogo się odwołać i kogo prosić o ratunek. To daje mi wolność, bez której chyba nie można kochać (i Boga, i człowieka).
    W Biblii nie ma chyba ludzi z krwi i kości, którzy stale „chodzili po wodzie”. Jak śmieszny jest człowiek, który ma wyobrażenie o sobie i tym się szczyci, że stale „chodzi po wodzie” – to jest niemożliwe! Śmieszna jest ta postawa triumfalizmu, o której pisze Ksiądz Biskup. Trudno jest w ogóle żyć z kimś tak doskonałym, a niemożliwe jest wejść z nim w prawdziwą osobową relację. Prawda o mojej egzystencji, świadomość kim jestem – to w moim życiu zawsze klucz do nawiązania relacji z Bogiem i trwania w niej. I ta prawda (choć niekiedy boleśnie odkrywana i przeżywana) zawsze jest kluczem do prawdziwych relacji z drugim człowiekiem.
    A że właśnie taka jest prawda o naszej egzystencji (chodzenie po wodzie i tonięcie) przekonuje mnie jeszcze to, że nie ma w Biblii świadectwa o tym, że Jezus zrezygnował z takiego człowieka, są świadectwa wprost przeciwne – o cierpliwości Boga, o przebaczeniu, o przyjęciu, o wejściu w głębokie relacje, o wprowadzeniu człowieka w tajemnicę Jego misji. No przecież w jaką odpowiedzialną misję wprowadził Piotra, który się go zaparł, zdradził, ciągle nie rozpoznawał, nie rozumiał Jego nauczania. eg

    #4 eg
  5. Ja mam takie pytanie: Jak postępować z dzieckiem ( 6 lat), gdy nie chce ono chodzić na mszę i traktuje to jako narzucony przymus ? Mimo tego, że cała rodzina idzie, on się buntuje i nie chce.
    Obawiam się, że zmuszanie go, budzi w nim coraz większy opór i boję się o przyszłość.

    #5 basa
  6. Jak dobry i mądry jest P. Bóg.
    Dzisiejsze czytanie uświadomiło , że znowu chciałam działać po swojemu.
    «Panie, ratuj mnie!». Ratuj mnie przed samym sobą !

    #6 basa
  7. ON, JEST !!!

    #7 K.
  8. Czy my mamy taka wiare jak Piotr? Tyle razy chodzilismy po wodzie i tyle razy tonelismy. Wiara jest spojrzeniem utkwionym w Jezusa i z prawdziwej wiary wynika nasze zycie, a wiec wiara to czynienie tego ,czego Jezus od nas oczekuje. Ale jeśli w jakiejs chwili wiatr wyda się mi zbyt silny i wiara we mnie się zachwieje, wtedy wolam: Panie ratuj mnie, a Pan napewno nie zawiedzie. Takie wolanie jest formą modlitwy. Staram się nie odwracać wzroku od Jezusa, bo bede tonać w sprawach tego świata, we własnych lękach, obawach i niepokojach, w chaosie zła. Człowiek mądry zaprasza Jezusa do łodzi swojego zycia. Mimo, że róznorakie wiry zła go wciagaja, mimo ze wokól roztacza sie cierpienie, śmierć bezślność i ograniczenia, nalezy jak Piotr kierować wzrok, głos i ręke ku Chrystusowi, bo tylko On zwycieza morze róznorakiego zła. On moze mnie podnieść i pozwolic mi chodzić po powierzchni wód, moze dac moc pokonywania zła.

    #8 M
  9. W refleksji Ks. Biskupa na temat doświadczenia Piotra uderzyło mnie użycie słowa „spotkanie”, dotychczas nie myślałam o tym w ten sposób, aczkolwiek samo doswiadczenie „tonięcia” i otrzymanego ratunku jest mi niezwykle bliskie.
    Kiedy wczoraj wieczorem rozważałam omawiany fragment ewangelii moją uwagę zwróciło inne spotkanie- spotkanie Jezusa ze swoim Ojcem. Zastanawiałam się gdzie znajdował się Jezus gdy „zostawił” uczniów na jeziorze. Odpowiedź znalazłam na początku tej ewangelii:”…wszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł a On sam tam przebywał.”

    #9 aga
  10. Czasem zadaję sobie pytanie, czy nie za bardzo przyzwyczaiłam się do mojej małej wiary, tak jak bym nie chciała już ani chodzić po wodzie (nie pociągają mnie spektakularne cudowności), ani też wołać: Panie, ratuj!, bo to może wiązać się z sytuacją zagrożenia, której wolałabym uniknąć. Jednak ta dzisiejsza Ewangelia i to rozważanie uświadomiły mi, że właśnie jestem w wielkiej potrzebie. W ostatnim czasie nieraz wołałam: Panie, przymnóż mi wiary! Teraz, na miarę mojej aktualnej wiary, wołam: Panie, ratuj!

    #10 Sara
  11. K. cieszę się, że wróciłaś. I przepraszam.
    I znowu pomyliłam się. Miałam na myśli oczywiście Ewangelię, a nie czytanie.

    #11 basa
  12. Panie, ratuj mnie!
    Te słowa odzwierciedlają moją postawę w sytuacjach trudnych, bolesnych. Kiedy „wszystko wali mi się na głowę, siadam w kącie, w odosobnieniu i z głębi serca wołam: Panie, ratuj mnie! Po czym próbuję zajrzeć w głąb siebie i słucham wewnętrznego głosu, który mówi:
    Odwagi! Ja jestem, nie bój się!
    Staram się wtedy opowiedzieć Jemu o bólu, który wówczas przeszywa moje serce (choć zdaję sobie sprawę, że Jezus doskonale wie, co w danym momencie czuję).
    Wspaniałe dla mnie jest to, że w każdej chwili mogę opowiedzieć Jezusowi o wszystkim, jak najlepszemu przyjacielowi…
    Wiem, że sytuacje trudne są potrzebne w moim życiu po to, żebym mogła,” lepiej widzieć”, żebym mogła-jak pisze Ksiądz Biskup- bliżej doświadczyć tej przedziwnej obecności i wołać: Jezus jest mym Przyjacielem, Jezus jest Obrońcą mym, Jezus jest mym Zbawicielem, zawsze chcę przebywać z Nim.

    #12 Justyna
  13. Zastanawiałam się, czy możliwe byłoby, aby Piotr na widok wiatru nie zaczął tonąć, lecz od razu zwrócił się do Pana pokornie, jak Abraham pokornie dialogujący z Bogiem by ratować ludzi z miasta, które miało być zniszczone, ukarane. Np powiedziałby: „Wybacz Panie, że ośmielam się prosić jeszcze, ale czy mógłbym chodzić również pośród silnego wiatru po wodzie?” No, może nie było na to czasu. Albo gdyby od razu wyciągnął rękę do Jezusa – On by ją pochwycił i – gotowe! Bo myślę tak o sobie, że Pan daje mi wiatr, ale o to że tonęłam, obwiniam siebie, bo byłam egoistką i chciałam coś dla siebie. Z tego rozważania zrozumiałam, że tonięcie też daje Pan, bo chce dać inne poznanie Siebie, jako Zbawiciela. Nie wiem, czy mogę tak myśleć, ale chyba to inne poznanie to poznanie duchowe, dużo bliższe, i wtedy cała sytuacja wygląda fantastycznie. Oto według pięknego początkowego opisu Piotr tęsknie pragnąc i kochając Jezusa woła do Niego, a On kochając jeszcze bardziej przez wydarzenie zaprasza go do jeszcze bliższego przyjścia do siebie.

    #13 AnnaK
  14. Czytając to rozważanie przypomniałem sobie pewne rekolekcje akademickie w Lublinie. Rekolekcjonista postawił wtedy pytanie, czy jest sens w chodzeniu do spowiedzi i spowiadaniu się ciągle z tego samego grzechu, upadku. To, co wtedy odpowiedział świetnie współbrzmi z tekstem Księdza Biskupa. Otóż ów rekolekcjonista mówił, że ma jak najgłębszy sens, ponieważ mobilizuje nas do zmiany naszej perspektywy równocześnie ją pokazując . Zwykle bywa tak, że po doświadczeniu upadku, grzechu po kolejnej spowiedzi obiecujemy sobie poprawę, bezkompromisową walkę z naszą słabością. Kluczowe w tym wypadku jest to wyrażenie „obiecujemy sobie”; człowiek mówi, że to był ostatni raz, że teraz już nie zawiedzie, poradzi sobie, zapominając w tym wszystkim o Jezusie i pokorze. Każde nasze zawzięcie w sobie, głupia pewność a na końcu kolejny upadek pokazuje nam rzecz kluczową, mianowicie, że nikt z nas nie jest Panem Bogiem, ale każdy z nas potrzebuje Bożej mocy, łaski, prawdy o sobie. To od nas zależy, czy uświadomimy sobie prawdę o swojej kondycji i za św. Piotrem zawołamy „Panie ratuj!”, czy będziemy tkwić w przeświadczeniu, że poradzimy sobie wywołując przy tym w sobie niepotrzebne frustracje, lęk a co moim zdaniem najgorsze fałszywy obraz Pana Boga, który ciągle oczekuje od nas mocarskiej postawy i któremu musimy ciągle ją udowadniać. Przecież „moc w słabości się doskonali!” (1 Kor 12,9)
    Pozdrawiam

    #14 Paweł
  15. „może jeszcze długo mógłby tak chodzić po wodzie, ale ani nie poznać siebie ani też nie spotkać Jezusa Zbawiciela”
    Genialne! 🙂 Dzięki, Księże Biskupie za tę katechezę do Ewangelii.
    Jak myślę o tej scenie, to oczyma wyobraźni widzę Jezusa, który pewną ręką wyciąga z wody spanikowanego Piotra. Zdumiewająca jest reakcja Jezusa na doświadczenie Piotra – pyta Piotra o przyczynę niedowiarstwa. Piotr przecież wyszedł z łodzi na słowo Pana Jezusa.
    Chodzący po wodzie Piotr staje niejako ponad prawami fizyki (zgodnie z którymi niemożliwe jest chodzenie po wodzie) – myślę, eg, że na tyle jest to obraz naszej egzystencji, na ile przekraczamy samych siebie.
    M, nie zgadzam się z Tobą, że „wiara to czynienie tego, czego Jezus od nas oczekuje” – bo to trochę brzmi, jakby Jezus miał wobec nas postawę roszczeniową. A przecież On przychodzi dawać a nie brać; przychodzi, by Jego owce miały życie w obfitości. Kobiecie uzdrowionej z krwotoku mówi Jezus: „córko, twoja wiara cię uzdrowiła”, a ona raczej niespecjalnie interesowała się tym, czego Jezus od niej oczekiwał – ona pragnęła znaleźć wreszcie uzdrowienie ze swej choroby.
    Możliwe jednak, że niedostatecznie zrozumiałam Twoją myśl, dlatego będę wdzięczna za jej ewentualne rozwinięcie. 🙂
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    #15 Fasola
  16. Dziękuję … Weryfikacja, oczyszcznie intencji. Ratuj- bez warunków. Wiara to tylko On.
    Tylko, że tak ciężko wydobyć wołania z pominięciem ‚ja’…
    Pozdrawiam

    #16 ze
  17. „ten moment pogrążania się Piotra w wodach to moment objawiający prawdę o obecności Boga, który jest wtedy i szczególnie wtedy, kiedy człowiek zaczyna tonąć,” – powiedziałabym z doświadczenia, że jest to moment gdy można pośród lęku zobaczyć swoją pewność, że On przyjdzie i ja będę teraz tylko czekać na Niego. Potem wszystko nabiera innego znaczenia, słowa już nie są tylko słowami.

    #17 AnnaK
  18. Ks. Biskup napisał: „Niejednokrotnie tak błędnie przeżywamy – w pewnym triumfalizmie – nasze chrześcijaństwo. Dotyczy to poszczególnych osób i dotyczy to wspólnot i ich przełożonych.” Niedawno przeczytałam książkę Ks. F. Blachnickiego „Chrystus Sługa światłem Kościoła”. Wizja Kościoła tam ukazana współbrzmi mi z tym, co napisał Ks. Biskup m.in. o pokusie tryumfalizmu. Ks. Blachnicki pokazuje, że Kościołowi dzisiaj potrzeba bardziej podążania za obrazem Chrystusa Sługi, niż za wizją Chrystusa Króla, wzorowaną na ziemskiej władzy. W Polsce dzisiaj – w Kościele polskim, chyba bardzo potrzeba refleksji nad wizją Kościoła, gdyż wydaje się czasem, że dominuje ta tryumfalistyczna, trochę bojówkowo-sztandarowa i że takie przejawy są również dobrze widziane przez niektórych hierachów i duchownych. Jest to jakby wyraz tęsknoty za minioną epoką, gdzie pewne przejawy tryumfalizmu były potrzebne. Dzisiaj, w zmienionych warunkach, kiedy też są innego rodzaju zakusy, by ściągać wierzących na drogi tego świata, tzn. w myślenie w kategoriach sukcesu i manifestacji swoich racji, wydaje mi się, że my jako poszczególni wierzący ale także cały Kościół jako wspólnota oraz jako instytucja wyrażająca się przez tych, którzy jej przewodniczą, winiśmy być bardzo czujni, aby nie ulegać takiej pokusie. Co o tym Ks. Biskup sądzi? Jak to Ks. Biskup widzi? Czy myśl Sługi Bożego Ks. Blachnickiego znajduje rezonans wśród hierarchów różnego stopnia?

    #18 Sara
  19. #5 basa
    Baso, oto moja próba odpowiedzi na postawione przez Ciebie pytanie. Stosowaniem przymusu nie osiągnie się niczego właściwego, jeśli nawet uzyska się coś na krótką metę, tzn. to, że teraz to dziecko pójdzie. Nie znam warunków rodzinnych, o jakie w tym przypadku chodzi. Wydaje mi się, że trzeba działać na różnych frontach i niejako kompleksowo.
    Uważam, że w tym wieku, o jakim mowa, potrzeba stworzenia dla dziecka i wobec dziecka pewnej dobrej atrakcyjności co do uczestnictwa we Eucharystii, tzn., by w tej materii była taka „atrakcyjna” atmosfera w całej rodzinie. Potrzebne jest więc pozytywne mówienie i świadczenie o faktach związanych z uczestnictwem. Można też powiedzieć, że pośrednio chodzi o stworzenie takiej atmosfery i takiego poczucia, że to jest przywilej. Natomiast brak uczestniczenia musi jawić się jako pewne wykluczenie się ze wspólnego przeżywania tego, co ważne, co interesuje, co jest potrzebne do dorastania itp. Uważałbym to za podstawowy warunek bądź punkt wyjścia do wszelkiego dalszego działania.
    Następnie, musi do tego dochodzić stopniowe i odpowiednie do wieku i sytuacji tłumaczenie sensu tego, czym jest ta wspólnota uczestnictwa. Dalej, gdzie jest to możliwe, strać się dobierać obecności na takich celebracjach, które dla dziecka mogą być (łatwiejsze) do przyjęcia.
    Dziecko winno mieć okazję odczuwać, że starsi, że rodzice cenią sobie to uczestnictwo i jest to dla nich ważne, potrzebne czy wprost fascynujące. Jeśli zaś to dziecko nawet przez jakiś czas czy w pewnych okolicznościach nie będzie chciało pójść, to mu na to przyzwolić. Dać mu jednak w jakiś sposób poznać, że coś straciło, że nie uczestniczyło w czymś ważnym dla rodziny. Ważne w tym wszystkim są więzy rodzinne i wspólnota dzielenia się przeżyciami i to coraz bardziej dojrzałymi („dorosłymi”), w które dziecko jest stopniowo wprowadzane.
    Podstawowym przejawem troski rodziców o to, by dzieci uczestniczyły w Eucharystii będzie przed wszystkim dobre uczestniczenie w Eucharystii ich samych i dawanie świadectwa swoim życiem (oczywiście na różny konkretny sposób), co im ten udział w Eucharystii daje. To jest o wiele ważniejsze niż jakiekolwiek bezpośrednie nakłanianie dziecka do udziału czy wprost stosowanie przymusu przy jednoczesnym niedocenianiu Eucharystii przez dorosłych.
    To są takie moje bezpośrednie refleksje i próba czy szkic fundamentu odpowiedzi na postawione pytanie.
    Bp ZbK

    #19 bp Zbigniew Kiernikowski
  20. do Sary
    Osobiście uważam, że my w polskim Kościele bardzo lubimy opowiadać o Słudze Bożym Ojcu Blachnickim, o Oazie itd. Ciekawy jestem tylko, ilu proboszczów zdecydowałoby się tak ukształtować swoje parafie, jak to On widział? Gdyby na serio potraktować myśl ks. Blachnickiego, to równoznaczne byłoby to z przede wszystkim z dojrzałą debatą i zdecydowanymi działaniami, a na to niestety – według mnie – części hierarchii jeszcze nie stać. Zresztą chyba laikat ma też z tym problem, choć jak sądzę w znacznie mniejszym stopniu. Polecam również książkę Blachnickiego „Sympatycy czy chrześcijanie?”.

    #20 Paweł
  21. #20 Paweł
    Pawle, jako ktoś, kto należy do hierarchii, przyznaję Ci rację i dziękuję za tę Twoją wypowiedź.
    Książeczkę Ks. Fr. Blachnickiego, „Sympatycy czy chrześcijanie” winni czytać nie tylko świeccy ale i duchowni. Podobnie tę, która wyszła ostanio (Kraków, 2008), mianowicie: „Idąc, czyńcie uczniami”.
    Obydwie pozycje są (winny być) w naszej Diecezjalnej Księgarni. Polecam.
    Zachęcam do dalszych refleksji!
    Pozdrawiam, Pawle!
    Bp ZbK

    #21 bp Zbigniew Kiernikowski
  22. Bardzo dziękuję za odpowiedź.
    Tak właśnie myślałam, że przymuszanie może jedynie pogorszyć sytuację.

    #22 basa
  23. #22 basa
    Tak, baso, ale ciężar gatunkowy mojej odpowiedzi i całego problemu nie leży w tym, żeby nie przymuszać, lecz, aby stworzyć odpowiednie warunki do pozytywnego podejścia do Eucharystii. O to chodzi. Chciałbym, żeby właśnie tak była rozumiana moja wypowiedź. Boję się uproszczeń i łatwego przyznawania sobie racji! Nie wiem, na ile wzięłaś serio całą moją wypowiedź.
    Pozdrawiam!
    Bp ZbK

    #23 bp Zbigniew Kiernikowski
  24. basa 5,6, Ks Bp 19
    To niesamowite!
    Wołasz, baso: «Panie, ratuj mnie!» i otrzymujesz ratunek – od Ks. Bpa, czyli od człowieka, żyjącego tu i teraz.
    Z moich doświadczeń wynika, że zawsze jest tak, że, gdy potrzebujemy pomocy, szukamy jej, ryzykując nawet naszym wizerunkiem (samym sobą) – otrzymujemy ją. Otrzymujemy ją za pośrednictwem LUDZI. Mam wrażenie (może się mylę), że nie liczyłaś na odpowiedź Księdza Biskupa, raczej postanowiłaś powiedzieć sobie, że „Pan Bóg wie lepiej”, a tu … proszę, jest odpowiedź.
    Jeśli mogę coś radzić Ci w sprawie dziecka, to wykorzystaj to, co się wydarzyło. To znaczy – opowiedz mu (dziecku), że martwi Cię to, że czasami niechętnie uczestniczy we mszy świętej i postanowiłaś poradzić się w tej sprawie mądrzejszych od Ciebie. Otrzymałaś odpowiedź od Księdza Biskupa. Nie musisz mówić dokładnie, co ksiądz Biskup odpowiedział, raczej wprowadzaj rady Księdza Biskupa w życie. Ale samo poinformowanie dziecka, że jest to dla Ciebie i dla Księdza Biskupa bardzo ważna sprawa – myślę da mu do myślenia.
    Nie wymyśliłam tego sama, tylko usłyszałam od pani psycholog, gdy miałam mały problem z synem, gdy był w wieku wspomnianego dziecka. Wtedy poradziła mi, żebym powiedziała mu, że „byłam u psychologa w jego sprawie, długo rozmawiałyśmy i udzieliła mi rad, które pomogą rozwiązać problem”.
    Pozdrawiam 🙂

    #24 julia
  25. Ja bym jeszcze chciała wrócić do tego problemu triumfalizmu w Kościele. Ks. Blachnicki w wywołanej już książce „Chrystus Sługa światłem Kościoła”, wymieniając kilka przejawów tego triumfalizmu, mówi także o nieakceptowaniu i niedawaniu przyzwolenia na jakąkolwiek krytykę Kościoła, na krytykę hierarchii. A mówi też, że do przejawów życia Kościoła należy funkcja samokrytyczna, którą nazywa proroczą. Jej brak świadczy o martwocie i skostnieniu Kościoła. Mocne słowa. I mówi też, że to wszystko wziął z nauki Soboru Watykańskiego II.
    Wydaje mi się, że prawie nieobecny w życiu jest ten Sobór w tej kwestii. A jak spojrzeć na historię Kościoła, to momenty odrodzenia i ożywienia pojawiały się bardzo często właśnie dlatego, że ktoś coś zakwestionował i sprzeciwił się duchowej martwocie, miernocie religijnej, odejściu od Ewangelii itp. Tymi „kontestatorami” byli zarówno świeccy, jak i hierarchowie – księża, biskupi. Czego więc my się boimy, chowając się za postawą triumfalizmu, odrzucania wszelkiej krytyki?
    Czy Ksiądz Biskup ma swoje przemyślenia na temat innych form triumfalizmu w dzisiejszym Kościele? eg

    #25 eg
  26. Jezeli mozna to podzielę się swoim doświatczeniem co do uczestnictwa małych dzieci podczas Eucharystii. Denerwowało mnie to, ze małe dzieci przeszkadzają podczas sprawowania Eucharystii. Postanowiłem swoje dzieci prowadzać do koscioła w wieku siedmiu lat. Choc zdarzało się, ze byli i wczesniej, ale dla spokoju wiernych starałem sie tak podzielić czas w niedzielę, zeby zona była na jednej Mszy, a ja na drugiej. Dzisiaj nie mam problemu z dziećmi, a mam ich czwórkę. Dzisiaj np. córka, która ma 10 lat poprosiła mnie, czy moze isc na Apel Jasnogórski do Koscioła na 20.30. Z mojego punktu widzenia wynika, ze nie mozna nic robic na siłę. Pozdrawiam serdzecznie. M

    #26 M
  27. Może to nie wprost dotyczy triumfalizmu, (problemu znacznie trudniejszego – zgorszeń), ale chciałabym się z Wami podzielić moim doświadczeniem.
    Kiedyś (po spowiedzi) rozmyślałam w modlitwie o grzechach ludzi Kościoła (również swoich!) i o zgorszeniach. Tak sobie uświadomiłam, jak często żyjemy dla siebie i Bóg tylko w deklaracjach pozostaje najważniejszy. Uświadomiłam sobie, jak „Miłość nie jest kochana” w Kościele. Bardzo mnie to przygnębiło i płakałam z bezsilności. Nigdy w życiu nie czułam się tak bezradna i przerośnięta przez problem, jak wtedy. W tej bezsilności, zalana łzami, otworzyłam Pismo Święte. Mój wzrok padł na słowa Ap 5,4nn. Wracam do tego doświadczenia, ilekroć dopada mnie przygnębienie z powodu – najogólniej mówiąc – niewierności Kościoła.
    Nie chcę absolutnie banalizować problemu triumfalizmu, tak, ku pokrzepieniu chciałam się podzielić moim doświadczeniem 🙂

    #27 Fasola
  28. Do eg

    Osobiście uważam, że formy triumfalizmu w dzisiejszym polskim Kościele zostały już jasno nazwane i opisane, problemem oczywiście – według mnie – pozostaje fakt, że większa część Kościoła nie bierze ich na poważnie, a tych, którzy je deklamują zgrabnie się szufladkuje. Tekstów powstało wiele, szczególnie po sprawie ks.abp. Wielgusa i śmierci Sługi Bożego Jana Pawła II. Osobiście mogę polecić kilka publikacji, gdzie to świetnie zostało wszystko nazwane, skonfrontowane, przedyskutowane. Warto więc zajrzeć do:
    Znak, nr4, kwiecień 2007;
    Znak, nr5, maj 2007;
    Teologia Polityczna, nr 3, jesień 2005 – lato 2006 (wszystkie teksty z tego wydawnictwa można znaleźć pod tym linkiem: http://www2.teologiapolityczna.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=98&Itemid=70)
    No i oczywiście wspominane książki ks. Blachnickiego, zresztą od nich powinienem zacząć.
    Pozdrawiam

    #28 Paweł
  29. A propos krytyki – zasadnicze pytanie, czy potrafimy rozmawiać, np. w rodzinie, w gronie znajomych? Kultura rozmowy jest dla wielu obca. Plotka, pomówienie zamiast konstruktywnej analizy sytuacji. Postawa -wreszcie ‚wygarnę’ do niczego nie prowadzi, bo najbardziej wtedy traci ‚nawracający’. Czy to z miłości i troski o Ewangelię słychać wyzwiska na widok habitu czy koloratki na ulicy? To prawda, że te głosy pochodzą od nastolatków i od ‚gaszących pragnienie’ etanolem, ale gdzieś ta krytyka została wyrażona a potem wypowiedziana innymi ustami.
    Dla jasności – jestem za rozmową i zmianami wielu zachowań, i przyzwyczajeń. Jestem za napomnieniem, ale zgodnym z Ewangelią: najpierw w cztery oczy… U podstaw musi być miłość.
    Gdybyśmy potrafili przenieść w nasze życie przemyślenia i wyjaśnienia Ewangelii proponowane przez Księdza Biskupa bylibyśmy kropelkami dobra w naszych otoczeniach. Radykalizm Ewangelii nie jest prostym zadaniem…
    Pozdrawiam

    #29 ze
  30. Julio, dziękuję za poradę.
    Jestem bardzo wdzięczna Ks. Biskupowi za odpowiedź, ale też i Panu Bogu za to, że dał nam takiego biskupa.
    „Niech zabrzmi Panu chwała w niebiosach,
    na wysokościach cześć niech oddadzą,
    wielbijcie Pana, duchy niebieskie,
    wielbijcie Pana, Jego zastępy.”

    #30 basa
  31. #18 Sara, #20 #28 Paweł, #25 eg i inni

    Dziękuję za te Wasze wypowiedzi dotyczące triumfalizmu. Uważam, że dobrze brać ten problem pod uwagę i mieć go stale jakby na oku. Na ten temat zostało powiedziane i napisane bardzo wiele. Dziękuję Pawłowi za przywołanie dostępu do takich tekstów. Oczywiście nie jest to miejsce, abyśmy podejmowali dalsze teoretyczne rozważania i chcieli wyczerpać ten trudny temat.
    Myślę, że osobista refleksja i odniesienie tej prawdy do własnego życia będzie najlepszym rzeczywistym wkładem w to, aby w Kościele było pod tym względem lepiej. Drażnią nas łatwo „wielkie” triumfalizmy – i słusznie. One biorą się jednak z tych małych początków niezrozumienia istoty Ewangelii przez konkretne osoby a później grupy osób. Prawdopodobnie nie uda się tych niewłaściwości czy błędów pokonać przez walkę z nimi wprost. Prowadzi to bowiem raczej do pewnej eskalacji własnych racji – a to też jest już triumfalizm. Chociaż demaskowanie ich (tzn. przejawów triumfalizmu) jest jak najbardziej potrzebne. Zawsze czynili to prorocy! Sługa Boży ks. F. Blachnicki był (i pozostaje) jednym ze znamiennych współczesnych proroków.
    Poza tym słuszną wydaje mi się droga pielęgnowania właściwej postawy w sobie i tworzenia ewangelijnej atmosfery wokół siebie – właśnie przez pokorne odczytywanie zamysłu Ewangelii jako Obietnicy i Wypełnienia. Zawsze aktualne będzie odniesienie do Maryi: Bóg wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy i Ją wyniósł tak, że błogosławią Ją wszystkie narody. Odniesienie do Maryi Niepokalanej było w życiu i działaniu Ks. F. Blachnckiego tak barzo obecne. Wątek uniżenia i wywyższenia to jeden z motywów jutrzejszej Uroczystości Wniebowzięcia NMP. Proponuję też w tym duchu kolejne rozważanie. Chciejmy, bądźmy gotowi umacniać się w takiej koncepcji życia i w takiej postawie.
    Pozdrawiam wszystkich, szczególnie tych, którzy tym wątkiem się zainteresowali.
    Bp ZbK

    #31 bp Zbigniew Kiernikowski
  32. Witam po pielgrzymce 🙂
    Doświadczyłam tego Słowa w drodze na Jasną Górę: „Panie ratuj, bo ginę”. Doświadczyłam wielkiego cierpienia fizycznego i duchowego, chciałam wracać do domu. Zobaczyłam, że to się dzieje po to, bym zbankrutowała, bym wydała się cała w Jego ręce! Zobaczyłam, że każdy krok na pielgrzymce jest z ŁASKI! Zobaczyłam, że moja wolność to krucha, cienka granica, w każdej chwili mogłam powiedzieć nie, koniec i wrócić. Bóg przewertował moje myślenie, że moje pilegrzymowanie ma się odbywać w bólu, we łzach. Duch porównywania szarpał mną, że innym jest lżej. Wołałam „Boże ratuj”; odkrywałam, co znaczy się modlić. Dopiero jak cierpienie dotyka, to wtedy się dopiero modlę. Nawraca mnie. Doszłam za Jego łaską. Objawił mi Swoją miłość, dał Swoje światło, udzielił Ducha.
    Pragnę trwać w pozycji bankruta, o którym ks. Bp mówił przy okazji nawrócenia św. Pawła. To piękne doświadczenie; chcę, by trwało.
    pozdrawiam,
    agnieszka

    #32 agnieszka
  33. W naszej księgarni była tylko książeczka: „Idąc, czyńcie uczniami”. I oniemiałam. Fragmenty katechez, homilii, konferencji w jasny, prosty, przystępny sposób wskazują co to znaczy być chrześcijaninem, uczniem czy „czyniącym uczniów”. Polecam ją KAŻDEMU (!!!). Dziękuję Księdzu Biskupowi za jej wskazanie. (Przyznaję, że do tej pory nic nie czytałam sługi Bożego Fr. Blachnickiego 🙁 ). Widzę pewne podobieństwo nauczania Księdza Biskupa, Jego troskę o katechumenat, do tego, co w niej przeczytałam.
    Ta lektura zachęciła mnie do sięgnięcie po inne książki tego autora. Jeszcze raz dziękuję.
    Z darem modlitwy 🙂

    #33 julia

Sorry, the comment form is closed at this time.


css.php