Dzieła nasze i dzieło Boga (3)

by bp Zbigniew Kiernikowski

Proponuję kolejną część rozważania o dziełach naszych i dziele Boga, jakiego On sam w nas dokonuje. Dzieje się to w określonych okolicznościach, w których poznajemy prawdę o sobie i dojrzewamy do tego, by przyjąć to Jego działanie w nas. Jest to, jak wcześniej wspomniałem, swoisty przewrót w naszym duchowym i chrześcijańskim życiu. Przewrót, który słusznie może być nazwany kopernikańskim. Podobnie bowiem, jak przeżywamy złudzenie, co do krążenia Słońca wokół nas, tj. wokół Ziemi, tak też nam się wydaje, że to my wiele możemy. Tymczasem jest inaczej.

Dobrze jest więc, gdy przynajmniej od czasu do czasu uświadamiamy sobie prawdę o nas samych i o tym, czego Bóg wobec nas, dla nas i w nas dokonuje. Bywa często, że długo musi On czekać na odkrycie przez nas tego, byśmy Mu pozwalali działać według Jego zamysłu i systemu.

Na tym polega dzieło zamierzone przez Boga,

abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał

Przyjęcie tego dzieła Boga przez nas i w nas nie jest wcale łatwym momentem dla naszego życia i wymaga wysiłku odkrywania a także pokory przyjmowania. Jednym z zasadniczych problemów człowieka jest bowiem jego „protagonizm”. Jest bowiem czymś trudnym dla człowieka wierzyć i zawierzyć siebie. Woli on bowiem raczej działać i to działać po swojemu. Właśnie w tym jest ukryta pułapka zastawiona na nas. Odkrywanie zaś działania Boga we mnie i moje aktywne przyzwalanie na to działanie (bądź wola Twoja) jest jedną z dróg wyzwalania mnie z mojego zagubienia się w sobie, czyli z grzechu. Konieczne jest więc, byśmy stawiali sobie pytanie: Jak Bóg to swoje dzieło w nas spełnia? Jak tego może On dokonywać w moim życiu?

Bóg w Jezusie podejmuje moje życie przez krzyż

Jezus w swoim człowieczeństwie, przyjętym ze względu na nas, przyjął wszystko, całą naszą naturę. Podzielił z nami nasz ludzki los. Przeżył nasze ludzkie rozbicie czy rozproszenie i niemoc. Patrząc na ziemskie życie Jezusa według tylko ludzkich kryteriów możemy stwierdzić, że Jezus przeżył swoiste nieudanie się czy fiasko tego własnego życia. On, który był sprawiedliwy, który czynił dobro i dokonywał cudów na rzecz i dla ratowania człowieka, w kwiecie swego życia i u szczytu dojrzałości swojej działalności został ukrzyżowany. Przyzwolił na to, aby być niesprawiedliwie osądzony i skazany na krzyżową haniebną śmierć. Z ludzkiego punktu widzenia, jaka to szkoda. Może budzić się pytanie, ile mógłby ten Jezus zrobić dla ówczesnych ludzi, dla chorych, biednych i pokrzywdzonych.

A jednak Jezus widział to wszystko inaczej i powziął inną drogę niż tylko ta ludzka. Czy to było słuszne i konieczne? Czy nie można było inaczej, łatwiej, bardziej po ludzku? Powziął tę drogę jako trudną i bolesną, ale pewną i skuteczną. Czyżby nie uczynił inaczej, gdyby było możliwe człowieka zbawić, bez tak radykalnej ingerencji Boga w człowieczeństwo; w to człowieczeństwo przyjęte uczynione własnym przez Jezusa? Bóg dla oszczędzenia człowieka przyjął sam w swoim Synu nasze człowieczeństwo, aby w nim dokonać swego Bożego dzieła (zob. Rz 8,32). Złudne i oszukujące człowieka jest myślenie, że wystarczy tego człowieka zachęcić do czynienia dobra, że przy dobrej woli to potrafi. Jest to owszem dobre i potrzebne, ale nie jest wystarczające (zob. Rz 7,15-25).

Nie wystarczy czynić (jakieś) dobro

Nie wystarczy więc, byśmy starali się czynić dobro. Szczególnie jeśli myślimy o dobru, które my (sami z siebie) uważamy za dobro. Naturalnie jest to zazwyczaj już wiele, a czasem bardzo wiele. Tego nie możemy nie docenić. Konieczne jest jednak, abyśmy byli świadomi tego, że nasza wola czynienie dobra jest skażona (grzech pierworodny – sięgnięcie po własne poznanie dobra i zła). Dlatego jest to smutną i powszechną prawdą, że bardzo wiele zła, w małym i dużym zakresie, zostało wyrządzone przez to że ktoś chciał dobra, ale miał niewłaściwe rozeznanie. Z tego nie wyprowadzą nas żadne ustawy, przepisy, kary represje itp. Choć te zazwyczaj są potrzebne. Są potrzebne każdej społeczności.
Skoro jest w nas zło (oczywiście nie mam na myśli tego, że jesteśmy całkowicie zdominowani przez zło, ale jest w nas coś ze złego, jako skutek grzechu pierworodnego), nie wystarczy więc być przekonanym, że my sami (mając w sobie błąd) możemy znaleźć właściwe rozwiązanie dla naszego życia przez czynienie dobra, czy tego, co my uważamy za dobre. Nie można ograniczyć się do pewnej troski czy wysiłku, aby chcieć spełniać dobre czyny, nawet owe Boże dzieła, jak to było w przypadku tych, którzy stanęli przed Jezusem.

Uzdrowienie w kontekście doświadczenie zła

To najpierw my potrzebujemy uzdrowienia i to tego istotnego, w naszym wnętrzu. Trzeba przyzwolić na to, aby w nas dokonało się owo dzieło leczące nas z naszej choroby na samych siebie. Trzeba przyzwolenia, aby Bóg mógł go dokonać w nas. To dzieło bowiem nie spełni się bez takiej ingerencji Bożej w nasze wnętrze, w której musi być nam zabrane coś z naszego serca. Musi nam być zabrana nasza mentalność dotknięta błędnym poznaniem dobra i zła. Nikt sam tego na sobie nie dokona. Dokona tego Bóg i to posługując się także naszymi siostrami i braćmi. Więcej o tym następnym razem.
Bp ZbK

Podziel się z innymi

Rss Komentarze

11 komentarzy

  1. „Dlatego jest to smutną i powszechną prawdą, że bardzo wiele zła, w małym i dużym zakresie, zostało wyrządzone przez to że ktoś chciał dobra, ale miał niewłaściwe rozeznanie.”
    Ja chciałam dobra dla K. …
    I co z tego wyszło ?
    K. wróć, proszę.

    #1 basa
  2. Jesteśmy często tacy zagmatwani, bo mamy problem z samoakceptacją a pokazujemy twarz pewnych siebie, ufających całemu światu. Wystarczy mały powiew konfrontacji i widać, jak bardzo nie ufamy ani Panu Bogu ani sobie. Chwytamy ‚jakieś’ dobro usprawiedliwiając się przed sobą a bardziej przed innymi.

    #2 ze
  3. „Dokona tego Bóg i to posługując się także naszymi siostrami i braćmi.”

    I najciekawsze, że wykorzysta do tego zarówno nasze zalety, jak i wady. Trzeba przyznac, że jest w tym niesamowity.

    #3 elaw
  4. „Trzeba przyzwolić na to, aby w nas dokonało się owo dzieło leczące nas z naszej choroby na samych siebie (…). Dokona tego Bóg i to posługując się także naszymi siostrami i braćmi”
    Brzmi to bardzo intrygująco, czekam (choć trochę ogarnia mnie strach) na kontynuację.
    🙂

    #4 julia
  5. Bardzo dziekuję ks. Biskupowi za katechezy na blogu. Od niedawna jestem na drodze neokatechumenalnej. Po raz pierwszy w życiu, chociaż już niemłodym, studiuję intensywnie Pismo świete. Niestety rozumienie, zwłaszcza gdy chodzi ST, jest skromne. Katechezy Ks. Biskupa są niezwykle dla mnie ważne w rozeznawaniu i nawracaniu się.
    Modlę się o zdrowie dla ks Biskupa, aby mógł prowadzić nas poprzez nauczanie do Boga

    #5 G
  6. Kolejny raz wczytuję się w refleksje Księdza Biskupa i zadaję sobie pytanie, czy moje pragnienie dobra jest szczere. Dostrzegam różne ‚skazy’. Czasami można dokonać korekt naszego wcześniejszego zachowania, naszych dzieł. Częściej trzeba dużo cierpliwości, miłosierdzia dla siebie, żeby przyjąć buble swoich zachowań i z wiarą pozwolić, aby dokonało się dzieło Boga. Tak – najtrudniej pozwolić na leczenie nas z nas…
    Pozdrawiam!

    #6 ze
  7. Ja chcialabym sie dowiedziec, czy bez cierpienia nie ma zbawienia. Wydaje mi sie bowiem, że nie wszyscy musza sie uczyc przez cierpienie. Czy inni nie maja wad czy sa tacy madrzy i przewidujacy skutki zlego postepowania sami bez pomocy Boga?

    #7 hala
  8. Basa, fakt że ktoś nie przyjmuje upomnienia, wcale nie oznacza, że owo upomnienie było niesłuszne. 🙂 Choć upominanie to trudna sprawa.
    Podobnie jak Ze doświadczam, jak trudno przyjąć „buble swoich zachowań” (fajne określenie 😉 ), ale też ma to swoje dobre strony. Tak sobie myślę, że nasze wady zabezpieczają nas przed tym, żebyśmy w sobie wzajemnie szukali zbawienia.
    Ksiądz biskup we wspomnianych przeze mnie katechezach o akcie pokutnym
    http://www.kkbids.episkopat.pl/anamnesis/38/9.htm
    nawiązał do św. Piotra, który przeszedł długą drogę od Łk 5,8 do J 21,17. Tak sobie myślę, że długa była też droga św. Piotra od Mk 14,29 do Dz 3,12a – od opierania się o własną gorliwość do opierania się o moc Chrystusa.

    #8 Fasola
  9. #7 hala
    Na pierwsze pytanie dotyczące związku zbawienia z cierpieniem można odpowidzieć, że teoretycznie wszystko jest możliwe. Nie można bowiem wykluczyć, że Pan Bóg mógłby znaleźć jakis łatwiejszy sposób. Wg mojego stanu znajomości teo tematu mogę powiedzieć, że byłoby to rozwiązanie nie do końca będące w egzystencjalnej prawdzie.
    Grzech pierworodny był faktycznie takim zerwaniem jedności z Bogiem, że Pan Bóg (zresztą tak to zapowiedział) dał człowiekowi drogę powrotu do Niego przez śmierć, w tym także jest zawarte cierpienie. Bez Jezusa Chrystusa ta śmierć, jako skutek grzechu prowadziłaby zapewne do nikąd. W Jezusie Chrystusie zaś, który umarł za nas i dla nas, ta śmierć jest drogą do ponownego zjednoczenia z Bogiem, Dawcą Zycia. Jest po prostu zbawieniem. W to wpisuje się każde cierpienie. Tyle w sposób skrótowy odpowiedzi na pierwsze pytanie. Jeśli trzeba, mogę ten wątek rozwinąć. Są na ten temat napisane traktaty i rozważania teologiczne.
    Nie bardzo zaś rozumiem, o co chodzi w drugim pytaniu. Dlatego też nie podejmuję żadnej odpwiedzi.
    Pozdrawiam!
    Bp ZbK

    #9 bp Zbigniew Kiernikowski
  10. Fasola, dziękuję za dobre słowo.

    #10 basa
  11. „Uzdrowienie w kontekście doświadczenia zła”
    Te słowa między innymi sprawiły, że pragnę dać pewne świadectwo… mianowicie: przez doświadczenie zła od innych i bezradność w takich momentach, czyniło mnie w pierwszym odruchu zbuntowaną, pełną krzykliwego sprzeciwu; po czym następowała bezradna cisza i próba zrozumienia – dlaczego ?! Następne odruchy warunkowe to pewnego rodzaju izolowanie się od osób, które ranią. Jest takie powiedzenie ” Nie czyń drugiemu tego, co tobie nie miłe…” Sama będąc ranioną, staram się nie ranić innych ale łapię się na tym, że w silnym zdenerwowaniu potrafię zadawać ciosy słowem… lecz muszę dodać, że w takich momentach daleka jestem od tego co Boże… Każdy człowiek ma swój, indywidualny próg wytrzymałości na stresy.
    Uczono mnie aby postępować tak, by nikt przeze mnie nie płakał…ale równocześnie poznałam na własnej skórze, że poprzez łzy można więcej zrozumieć i tylko z Panem Bogiem i Jego Synem dzięki Duchowi Świętemu, poznawać bardziej siebie i mieć siłę do przyjmowania trudnych sytuacji bez urazy do ludzi. Bardzo pomocna dla mnie jest wspólnota neokatechumenalna, gdzie przede wszystkim odczytujemy Słowo Boże dla nas by Nim kierować się w swoim życiu ale również uczymy się przyjmować słowa krytyki, uwagi, bez zachowywania urazy… jest to naprawdę możliwe i bardzo, bardzo
    budujące jedność… a przeniesione na grunt rodzinny, daje owoce pojednania.
    Serdecznie pozdrawiam

    #11 Zofia

Sorry, the comment form is closed at this time.


css.php